niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 8 ,,Gdzie są moje rzeczy?''

- Yyy...pieniądze - odpowiedziałam.
- Ile? - zapytał tym razem Harry. Spojrzałam na Louisa, miał strasznie nie obecny wzrok wbity w ziemię.
- 5 tysięcy - odpowiedziałam i położyłam kopertę na biurku. Założyłam ręce na piersi i patrzyłam w okno.
- Stella o co wam chodzi? - zajęczała brunetka wskazując jedną ręką Lou, a drugą mnie. Wzruszyłam ramionami i odwróciłam się w stronę szafy. Zaczęłam wyciągać z niej kolejne rzeczy i nie zwracać uwagi na resztę. Gdy składałam bluzkę poczułam szarpnięcie za łokieć, przez co ubranie wypadło mi z ręki i spadło na podłogę. - Jeśli mi nie powiesz co wam jest to ci normalnie zajebie dzisiaj! - krzyknęła poirytowana.
- Nic się nie stało - powiedziałam i poczułam walnięcie w tył głowy. Oczywiście nie mocne, ale zawsze coś.
- Stella nie denerwuj mnie - warknęła moja przyjaciółka.
- No ok ok już się nie denerwuj - podniosłam ręce do góry w geście poddania. - Jak ci mówiłam poznałam ojca i zaprosił mnie dzisiaj na kolację i zaprosił też Louisa i on powiedział, że pójdzie, a potem mi powiedział, że nie może, bo idzie z nimi na imprezę! - powiedziałam głośno i wskazałam dłonią na chłopaków - A wiesz co jest najgorsze? Że sama boję się tam iść i naprawdę wierzyłam, że pójdzie ze mną. Ale nie! Ja zawsze muszę się na kimś zawieść - ostatnie zdanie wyszeptałam i wytarłam dłonią lekko mokry policzek.
- No wiesz co Louis? Robisz dziewczynie nadzieję, a potem tłumaczysz się imprezą - powiedziała Madi i do niego podeszła. Chłopak skulił się lekko pod jej wzrokiem.
- Dobra nie zadręczaj go już. Możecie sobie iść muszę się spakować - westchnęłam widząc, że Louis nie wie co powiedzieć. Wiem, że ich wyprosiłam, ale naprawdę muszę się spakować.
- Wypraszasz nas? - zapytała Madi udając urażoną.
- Tak, idźcie sobie - uśmiechnęłam się.
- Ok pójdziemy pod jednym warunkiem, na razie wprowadzisz się do nas, póki sobie czegoś nie znajdziesz - powiedział stanowczo Harry, a reszta mu przytaknęła.
- Już coś mówiłam, ale już niech wam będzie - powiedziałam.
- No i to rozumiem - klasnął w dłonie Zayn - To widzimy się w sobotę rano u nas, tak?
- Taa tylko nie mam waszego adresu
- Wyślę ci sms-em - puścił mi oczko Harry. Przytaknęłam ruchem głowy i podniosłam bluzkę. Złożyłam ją i wsadziłam do walizki.
- Ale mam do któregoś prośbę - zaczęłam, a oni wstrzymali oddechy - Ktoś będzie musiał po mnie przyjechać i mi pomóc to wszystko zabrać - dokończyłam i zaśmiałam się na ich czerwone twarze.
- To masz załatwione - uśmiechnął się Louis i do mnie wstał. O odezwał się do mnie...
- Dobra, a teraz mi stąd wynocha - zaśmiał się i machnęłam do nich. Wybuchli śmiechem i pomału wyszli. Słyszałam, że schodząc po schodach rozmawiali, ale nie wiem o czym. Odwróciłam się od drzwi i schyliłam do szafy, aby wyjąć z dna karton. Postawiłam go na biurku i otworzyłam. Wyjęłam zdjęcia z mojego dzieciństwa. Spojrzałam na małą dziewczynkę stojącą i przytulającą się do wielkiego misia. Uśmiechnęłam się i samotna łza spłynęła po moim policzku. Szybko ją starłam i odłożyłam kupkę zdjęć na bok i wyjęłam z kartonu lalkę. Pamiętam jak zawsze lubiłam się nią bawić. Złapałam ją za jedną rękę kiedy nagle poczułam ciepłem ręce na biodrach i podbródek na ramieniu. Ze strachu machnęłam lalką i mój oprawca dostał nogą w nos. Usłyszałam jęknięcie, a następnie śmiech. Spojrzałam na tą osobę i kto to był? Louis.
- Nie wiedziałem, że bawisz się jeszcze lalkami - zaśmiał się i mnie puścił. Odwróciłam się do niego i zaśmiałam widząc czerwoną rysę na policzku. Walnęłam go lekko w ramię po czym zostałam przyciągnięta przez jego silne ramiona do siebie. Tym razem trzymałam lalkę z daleka od jego twarzy. - Przepraszam - powiedział w moje włosy, gdyż trzymałam głowę na jego piersi. - Słyszysz? Przepraszam - powtórzył.
- Wybaczam ci - odpowiedziałam i na niego spojrzałam. Oczy mu zabłyszczały i przybliżył twarz do mojej. Lekko musnął moje usta i się odsunął. Było mi mało więc teraz to ja przysunęłam twarz do jego i cmoknęłam go. Chłopak zaczął pogłębiać pocałunek, a ja chciałam go złapać za szyję, ale całkiem zapomniałam, że mam w ręku lalkę, przez co dźgnęłam go nią w oko. Szatyn złapał się za oko i zajęczał.
- Boże, przepraszam, zapomniałam, że mam ją w ręku - szybko wypuściłam lalkę z ręki i doskoczyłam do chłopaka.
- Spoko, nic się nie stało - uśmiechnął się i złapał mnie za ramiona.
- Ale twoje oko! - powiedziałam i palcem przejechałam po jego brwi. Rzeczywiście nic mu nie jest.
- Nic mi nie jest, naprawdę, nie panikuj - zaczął się śmiać i mnie przytulił. Odepchnęłam go ręką i odwróciłam się do niego plecami podchodząc do biurka. Złapał mnie w pasie i położył swoją głowę na moim ramieniu. Wyjęłam z niego kolejny stos zdjęć i położyłam je obok.
- Co ci jest? W ciąży jesteś czy jak, że masz takie wahania nastroju? - zaśmiał się, znowu.
- Nie jestem w ciąży! - krzyknęłam, ale zaraz się uciszyłam.
- To co ci jest? Raz jesteś miła i potulna, a później wulgarna i zdenerwowana? - spytał.
- Zawsze tak miałam, po prostu taka już jestem. Ale teraz bardziej, bo ta cała sytuacja z matką i poznanie ojca naprawdę mnie rozpraszają. - odpowiedziałam i wzięłam do ręki zdjęcie, na którym byłam ja, jakiś mężczyzna i kobieta. Czemu ja ich nie znam? Siedziałam na rękach u tego mężczyzny i uśmiechałam się do aparatu. Wyglądam na tym zdjęciu na bardzo szczęśliwą i miałam chyba około 5 lat. Ale czemu ja tego nie pamiętam?
- No dobrze, ale postaraj się być milsza, dobrze? - spytał i pocałował mnie w odkryte ramię. Wspominałam, że nadal stoję w piżamie? Nie? No to już wiecie. {link}.
- No ok, a pójdziesz ze mną do taty? Proszę - odwróciłam się do niego i założyłam ręce na jego ramiona.
- Serio Stella? Serio? - zapytał, a ja nie do końca wiem o co chodzi. - Musisz teraz o to pytać?
- Serio Louis? Serio? - powtórzyłam jego pytania i spojrzałam na zegarek. - Zostało mi do wyjścia jakieś 3 godziny, a ty się pytasz czy teraz jest na to czas? No chyba logiczne, że pytam teraz, a nie w ostatniej chwili.
- Oj no Stella - zaczął, ale mu przerwałam.
- Nie. Lepiej już nic nie mów, serio. Naprawdę się na tobie zawiodłam. - powiedziałam i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je, a następnie ręką wskazałam aby wyszedł. - Wyjdź już.
- Stella proszę cię - powiedział błagalnie podchodząc do mnie i łapiąc za rękę. Pokręciłam przecząco głową.
- Nie proś tylko wyjdź - powiedziałam bliska płaczu. Chłopak westchnął i chciał mnie pocałować, ale przekręciłam głowę i dostałam buziaka w policzek. Wyszedł już nic nie mówiąc.
Zamknęłam za nim drzwi i podeszłam do szafy. Zaczęłam pakować ciuchy dalej i wycierać kolejne łzy.

**2 godziny później**
Ciuchy już mam wszystkie spakowane. To co nie zmieściło się w walizkach wepchnęłam do dwóch worków i postawiłam wszystko pod ścianą. Zdjęcia i różne pamiątki wsadziłam do kartonu i zakleiłam, stawiając na jednej z walizek. Westchnęłam patrząc, że trochę tego jest. Spojrzałam na szafki i kompletna pustka. Poszłam do łazienki i z wczorajszych spodni wyjęłam karteczkę z adresem mojego taty. Spojrzałam na nią. Gdzie jest ulica Baker Street 78 BP ? Nigdy na niej nie byłam. Wyszłam z łazienki i położyłam papier na pustą szafkę. Chwyciłam wcześniej przygotowaną bluzkę i spodnie. Z powrotem weszłam do łazienki kładąc ciuchy na podłogę i weszłam pod prysznic. Ciepła woda spływała po moim ciele dając lekkie ukojenie. Po myciu wytarłam się ręcznikiem i ubrałam. Wyszłam z łazienki i założyłam pierścionek i kolczyki. Na stopy wsunęłam sandały na koturnie. Wiem, że to nie w moim stylu, ale chcę dobrze wyglądać.
strój Stelli
Pomalowałam rzęsy tuszem i usta błyszczykiem.
Spojrzałam na zegarek. Już 15:45. Zaraz muszę wyjść. Bardzo bym chciała żeby Louis tam ze mną poszedł, ale nie będę go zmuszać. Przez chwilę tępo patrzyłam w jeden punkt, ale z transu wyrwał mnie dźwięk telefonu. Dostałam sms-a od..Louisa.
''Skarbie przepraszam, pamiętaj, że jutro po ciebie przyjadę Louis xx''
Prychnęłam i usunęłam wiadomość nie odpisując na nią. Złapałam za kluczyki i wyszłam z pokoju zamykając go. Zeszłam po schodach i weszłam na chwilę do salonu. Nikogo tam nie było, ale słyszałam rozmowy z kuchni. Zgaduję, że tam się wszyscy znajdują. Nie rozmyślając już o nich wyszłam z domu. Zamknęłam cicho drzwi, a gdy się odwróciłam zauważyłam Louisa opierającego się o maskę jakiegoś samochodu. Uśmiechnął się i do mnie podszedł.
- Nie ładnie tak nie odpisywać - mruknął.
- Co ty tu robisz? Czyj to samochód? - zadałam pytania nie odpowiadając na jego uwagę.
- Czekam na ciebie, przecież idziemy na kolację do twojego taty. A samochód pożyczyłem od sąsiada - uśmiechnął się i złapał mnie za rękę ciągnąc w stronę pojazdu. Zatrzymałam się nagle, a razem ze mną szatyn.
- A czemu nie jesteś na imprezie?
- Bo się na nią nawet nie wybierałem? - odpowiedział pytaniem. Spojrzałam na niego jak na dziwaka, a on kolejny raz tego popołudnia się zaśmiał. - Już nie pytaj tylko chodź - pstryknął mnie palcem w nos i pociągnął do samochodu. Tym razem się nie opierałam i posłusznie weszłam do środka. Chłopak zajął miejsce za kierownicą i odpalił pojazd i ruszyli.
- Masz prawo jazdy? - spytałam zmieszana.
- Taa, podasz mi adres czy mam jechać na oślep? - spytał, a ja przypomniałam sobie, że zostawiłam kartkę z adresem. Złapałam się za głowę próbując przypomnieć sobie adres ojca. Jak to szło? Chyba wiem...
- Nie jestem pewna, ale Baker Street 72 BP - powiedziałam, ale jestem pewna, że coś pomyliłam.
- Nie jesteś pewna? - zapytał.
- Zapomniałam kartki, ale przeczytałam raz i myślę, że to tak - odpowiedziałam. - Jedź już.
- No jadę. A swoją drogą, ślicznie wyglądasz - uśmiechnął się nie odwracając wzroku od drogi.
- Dziękuje - odpowiedziałam i resztę drogi milczeliśmy. W tle leciała cicha muzyka z radia i nasze oddechy.
- Już jesteśmy - powiedział Louis i zaparkował samochód przed willą. Otworzyłam oczy szeroko nie mogąc uwierzyć, że tak mieszka mój tata. Wysiadłam powoli z auta i podeszłam do Louisa. - Sądzisz, że to tu?
- Nie wiem, ale myślę, że tak - odpowiedziałam i pociągnęłam go za rękę w stronę drzwi. Zapukałam lekko i czekałam, aż ktoś otworzy. Usłyszałam trzask i krzyk, a następnie zobaczyłam młodą kobietę, ale to na pewno nie jest Esmeralda. - Czy tu mieszka rodzina Hill'ów? - spytałam trochę zawstydzona.
- Co? Jakie Hille? Idź mi stąd zanim mąż wyjdzie - powiedziała kobieta i znów usłyszałam krzyk i płacz dziecka. - Co się patrzysz? Won - powiedziała i zamknęła drzwi.
- Co to było? - spytał Louis kiedy wyszliśmy z posesji.
- Jacyś psychopaci - uśmiechnęłam się. - Chodź sprawdzimy dom obok. - zaproponowałam, a raczej poinformowałam.
- I będziemy chodzić po całej ulicy szukając domu twojego taty? - spytał, ale spojrzałam na niego gniewnie przez co uniósł ręce w geście obronnym - Mi tam pasuje. - dopowiedział.
Weszliśmy na kolejne podwórko i podeszliśmy do drzwi. Tym razem Louis zapukał i złapał mnie za rękę. Chwilę poczekaliśmy i otworzył nam jakiś staruszek.
- Czy tu mieszka Ben Hill? - spytałam wzdychając.
- Przykro mi, ale nie. Nie znam takiej osoby. Do widzenia - powiedział i także zamknął mi drzwi przed nosem. Zaczynam się denerwować. Wyszliśmy z podwórka i przeszliśmy na kolejne. Usłyszałam jęki i wrzaski z domu. Zadzwoniłam dzwonkiem i chwilę poczekałam. Wyszedł młody chłopak w samych bokserkach. Zgaduję, że coś mu przerwałam.
- Czy tu mieszka Ben Hill? - spytałam nie wierząc w to.
- Kto? Nie znam nikogo takiego dziecko. Żegnaj - powiedział i chciał zamknąć drzwi, ale zatrzymałam ręką.
- A wiesz może gdzie mieszka? - spytałam z nadzieją.
- A czy wyglądam jakbym wiedział? Weź się odpierdol - odpowiedział i zamknął drzwi. Wkurzona krzyknęłam i w nie kopnęłam. Odciągnął mnie stamtąd Louis, stawiając na chodniku.
- Stella, uspokój się - powiedział i pociągnął mnie w stronę kolejnego domu. Wchodząc na podwórko zauważyłam 78 na bramce. Westchnęłam głośno i czekałam aż ktoś otworzy drzwi. Po chwili stanął przede mną młody chłopak na oko 18 lat.
- Proszę powiedz, że tu mieszka Ben, a ty jesteś Brad - powiedziałam błagając. Chłopak zaśmiał się i pokiwał głową.
- Tak to ja, chodźcie - uśmiechnął się i otworzył nam drzwi. Weszłam ciągnąc za sobą Louisa. - Mamo, tato Stella przyszła - krzyknął na cały dom, aż podskoczyłam. Przyjrzałam się mu z bliska i naprawdę jesteśmy podobni. Zauważył, że mu się przyglądam i znów się uśmiechnął. Usłyszałam stukot obcasów i nagle przede mną pojawiła się piękna kobieta. To chyba jest Esmeralda.
- Cześć jestem Esmeralda - uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę, którą uścisnęłam. - Ty pewnie jesteś Louis? - spytała podchodząc do mojego chłopaka. Szatyn skinął głową, a kobieta go przytuliła. Dziwne... Ale lepsze to niż moja matka. Przyjrzałam się jej. Ubrana była w prostą, czarną sukienkę z dodatkiem różu i czarne szpilki. Na jej szyi widniał naszyjnik w kształcie księżyca, a w uszach błyszczały małe gwiazdki. Jej nadgarstek ozdabiała złoto-czarna bransoletka. [link]. - Ben?! Ben gdzie jesteś? - krzyknęła kobieta.
- Idę już - usłyszałam i zobaczyłam mojego tatę w progu. Uśmiechnęłam się do niego.
- Stella, myślałem, że nie przyjdziesz. Widzę namówiłaś chłopaka? - zaśmiał się i mnie przytulił. Zaskoczona nic nie zrobiłam. - Widzę poznałaś Brada i Esmeraldę - powiedział gdy już stał naprzeciwko. Kiwnęłam głową i posłałam nieśmiały uśmiech do kobiety.
- Dobra dzieciaki, chodźcie do jadalni, zrobiłam kolację - powiedziała i pognała nas do jadalni.
Bardzo przytulne pomieszczenie. Brad zasiadł na krześle i poklepał miejsce obok patrząc na mnie. Ciągnąc za sobą Louisa usidłam po stronie okna, a szatyn obok mnie. Pod stołem złapałam go za rękę i lekko ścisnęłam dając mu znak aby się nie stresował. Kobieta weszła do pomieszczenia, jak myślę do kuchni z której zaraz wyszła z dwiema salaterkami. Postawiła na stole i zdjęła przykrywki. W jednej były ziemniaki, a w drugiej pysznie wyglądający kurczak. Dosiadł się do nas mój tata, a Esmeralda poszła jeszcze do kuchni. Wyszła z niej po 2 minutach niosąc różne sosy. Usiadła obok mężczyzny i się uśmiechnęła.
- Stella naprawdę się cieszę, że mogłam cię poznać. Wydajesz się być bardzo fajna i oczywiście jesteś bardzo piękna, ale nie tak piękna jak ja - zaśmiała się głośno, a ja otworzyłam buzię. - Żartuję przecież - powiedziała widząc moją minę. Uśmiechnęłam się niemrawo i poprawiłam włosy. - Proszę jedźcie - wskazała dłonią na jedzenie i sama włożyła sobie.
- Ja również się cieszę i mam nadzieję, że się z panią dogadam - zaczęłam, ale mi przerwała.
- O nie. Tylko nie pani, mów mi Esmeralda lub po prostu Esme - uśmiechnęła się i złapała za widelec.
- No więc Esmeraldo również się cieszę i muszę pan...ci powiedzieć, że na pewno się dogadamy - poprawiłam się widząc jej złą minę. Pokiwała głową i wskazała na kurczaka. Nie pewnie wzięłam i sobie nałożyłam następnie podając jedzenie Louisowi, który również trochę wziął i podał Bradowi. Nastolatek uśmiechnął się i wziął naczynie od starszego chłopaka.
- Stello powiedz, jak tam życie? Jak w szkole? Jak w domu? Opowiadaj trochę - powiedziała kobieta kiedy wszyscy zaczęliśmy jeść.
- Co tu opowiadać. Może hmm...to jest mój chłopak Louis, mam przyjaciółkę Madi. Mmm w szkole ujdzie z ocenami, z zachowaniem gorzej - zaczęłam, ale mi przerwała.
- Przepraszam, że ci przerwę, ale czemu gorzej z zachowaniem? - spytała. Wiedziałam, że zada takie pytanie, ale zamierzam być szczera, jak zawsze.
- No więc, jeśli tego nie wiecie to wam powiem, że jestem typem osoby szybko się denerwującej, jeśli trzeba to potrafię przywalić, dużo przeklinam, opuszczam lekcje, kłócę się z nauczycielami - wymieniałam wszystko co przyszło mi na myśl, a cała rodzina siedziała cicho i mi się przyglądała z szeroko otwartymi buziami. - Chodzę na imprezy i czasami piję. Jestem uparta i zawsze stawiam na swoim. Nawet dzisiaj zapomniałam karteczki z waszym adresem i jechaliśmy na oślep. Pomyliłam się i zaczęliśmy od 72 i szliśmy dalej, a najgorsze, że nikt nie wiedział kim jesteście, i tutaj dom obok jak wyszedł chłopak to mnie strasznie zdenerwował i jak zamknął mi drzwi przed nosem to w nie kopnęłam - uśmiechnęłam się.
- Wow - powiedział Brad.
- Właśnie, córciu nie wiedziałem, że taka jesteś - zaczął mój tata, ale Esme mu przerwała.
- Oj Bem to chyba normalnie w jej wieku - uśmiechnęła się kolejny raz tego wieczoru i wzięła w usta kolejny kęs kurczaka.
- A wracając jeszcze do pytania, to w domu to totalna porażka - skrzywiłam się lekko przypominając sobie o tej patologi.
- Dlaczego? - spytała kobieta. Kurczę...Jak na razie to mogę powiedzieć, że jest strasznie ciekawska i lubi żarty.
- Moja mama wyszła za takiego frajera co ma córkę i strasznie mnie denerwują i właśnie tato nie zgadniesz co kazała mi zrobić i jak was nazwała. - odłożyłam widelec chwytając szklankę z sokiem pomarańczowym i upijając trochę.
- Co? Jak? - zapytał.
- Mam dwa dni na wyprowadzkę. - zaczęłam, a mojemu tacie widelec wypadł z dłoni. - I powiedziała, że jesteś skurwysynem, a Esmeralda jest dziwką i jesteście razem ze swoim bachorem w Ameryce - dokończyłam, a mężczyzna zacisnął pięści. Wiem, że go to zdenerwowało, ale chcę żeby wiedział.
- Czemu tak powiedziała? - spytał do tej pory siedzący mój brat. Boże jak to dziwnie brzmi!
- Zdenerwowała mnie, bo nie chcieli mi dać moich pieniędzy i spytałam się jej czy kojarzy mojego tatę i ona was zwyzywała, a ja jej powiedziała, że to ona jest dziwką, a Verne skurwysynem a ta jego jebana Larrisa jest bachorem - odpowiedziałam całkiem spokojnie i poczułam wibrację w kieszeni. Wyjęłam telefon i zauważyłam, że matka dzwoni. - Przepraszam was na chwilę muszę odebrać. - powiedziałam i wstałam od stołu. Wyszłam na korytarz gdzie odebrałam telefon.

- Stella, wracaj w tej chwili do domu. Czemu nikomu nie powiedziałaś, że wychodzisz? Masz się już dziś wyprowadzić, ponieważ mamy gości i nam przeszkadzasz. - zaczęła gadać, a mi prawie telefon wypadł z ręki.
- Ty chyba sobie kurwa jaja robisz co? 
- Nie, ja mówię poważnie. Wracasz w tej chwili i zabierasz swoje rzeczy. 
- Naprawdę jesteś pojebana! Dałaś mi czas do niedzieli, a teraz co? Masz gości i przeszkadzam? Chuj mnie to obchodzi. Jestem teraz daleko od domu i wrócę późno 
- Albo wracasz w ciągu godziny albo spalę twoje rzeczy, wybieraj
- Dobra kurwa, będę za godzinę - rzuciłam od niechcenia i się rozłączyłam

Schowałam telefon do kieszeni i wróciłam do jadalni. Moja matka naprawdę jest chora psychicznie. Ma gości i nagle skraca mi czas? No kurwa tak nie będzie.
- Co się stało? To twoja matka dzwoniła tak? O co chodzi? Stella?! - potrząchną mną mój tata, gdy nie odpowiadałam na jego pytania. Ocknęłam się i złapałam dużo powietrza. 
- Tak to ona. Mówiłam wam, że każą mi się wyprowadzić, ale dali mi czas do niedzieli, a teraz zadzwoniła i powiedziała, że... - zaczęłam, ale nie mogłam dokończyć. Ja muszę jechać teraz do domu! - Proszę kto szybko zawiezie mnie do domu, a potem podrzuci do hotelu? - wstałam i rozejrzałam się po jadalni. Louis wstał i do mnie podszedł.
- Ale Stella! Powiedz co się stało? - powiedział głośno mój tata.
- Muszę zabrać moje rzeczy! Rozumiesz? Ona chce spalić moje ciuchy, zdjęcia, pamiątki, wszystko, bo jacyś jebani goście będą - odpowiedziałam i pociągnęłam Louisa do drzwi. - Odezwę się do ciebie.
- Nie! Stój! - krzyknął mój ojciec z salonu. Zatrzymałam się na chwilę i popatrzyłam na niego wyczekująco. Podszedł bliżej i złapał za swoją kurtkę, którą zarzucił na ramiona. - Jadę z tobą. Oni nie mogą tobą pomiatać - powiedział i wszedł na chwilę do salonu. - Nie długo wrócę. Tak będę na siebie uważał. Też was kocham. - usłyszałam i chwilę potem wychodziłam z Louisem i tatą do samochodu. - Nie tym. Chodźcie pojedziemy moim. - powiedział gdy chcieliśmy wsiąść do samochodu szatyna. Zdziwieni zawróciliśmy i wsiedliśmy do czarnego vana.
**pół godziny później**
Po krótkiej i cichej jeździe podjechaliśmy pod mój dom. Tak właściwe to nie mój.
- Pójdę tam sama i w razie co to was zawołam ok? - powiedziałam nie będąc tego pewna. Skinęli głowami, a ja wysiadłam z samochodu. Szybko pokonałam odległość dzielącą mnie z drzwiami, następnie przez nie weszłam. Już z progu słyszałam walenie na górze więc szybko tam pobiegłam. Moja matka i Verne stali przed drzwiami mojego pokoju i w nie walili, a obok stało 2 gości i 2 kobiety. Gdy zauważyli, że tam stoję od razu na mnie spojrzeli.
- Co tak długo? Miałaś być tu 10 minut temu - powiedziała z wyrzutem moja matka.
- Chuj mnie to obchodzi. Gdzie są moje rzeczy?! - krzyknęłam.
- W środku. I otwieraj te drzwi, bo je wyważę - odpowiedział Verne i spojrzał na mnie z wyższością. Podeszłam i je otworzyłam. A w środku zauważyłam jeden wielki bałagan. Moje ciuchy były wszędzie. Co kurwa?
- Jak to się kurwa stało?! Czemu to zrobiliście?! - krzyknęłam zdenerwowana zbierając ciuchy i wciskając je do walizek.




Obiecałam i jest. :) Mam nadzieję, że się spodoba, bo bardzo się nad nim starałam. Mówiłam, że poznacie Esme i Brada i trochę poznaliście. Może nie o tym myśleliście, ale jest tak.
Przepraszam za błędy i za to, że taki krótki.
Kolejny pojawi się 25 lub 26 marca. Komentujcie ten i piszcie co wam nie pasuje a co może być.
Bardzo dziękuję za komentarze pod rozdziałem 7. Bardzo miło mi się pisze wiedząc, że ktoś to czyta.
Jak myślicie co będzie dalej? Kim są tajemniczy goście? 
Pozdrawiam, Violette xoxo

piątek, 21 marca 2014

Rozdział 7 ,,Dostaniesz swoje pieniądze...''

Podchodzi do barku, z którego wyciąga...wódkę. No tak, cóż innego mógłby wyciągnąć?
- Mogę już iść? - pytam znudzona. Matka spogląda najpierw na Verne, a później na mnie.
- Tak. Na wyprowadzkę masz czas do końca tygodnia, czyli trzy dni. - mówi i podchodzi do męża. Wzdycham i ciągnę Louisa na górę. Wpadamy do pokoju i od razu padam na łóżko. Przez to wszystko całkiem zapomniałam o bolącej nodze.
- Louis co ja mam zrobić? Gdzie mam zamieszkać? - jęczę i cały czas się zastanawiam. Mam dopiero 19 lat, a to mało. I już mam zamieszkać sama.
- Nie wiem, możesz wprowadzić się do nas. - mówi i drapie się po karku.
- O nie. Odpada. Po pierwsze nie będę wam się zwalać na głowę i tak jest was troje, a po drugie...nie ma drugiego - śmieję się z własnej głupoty. Ale i tak nie mogę z nimi zamieszkać, po prostu nie mogę.
- Aj ty, jak zawsze kombinujesz - uśmiecha się i siada obok mnie. Spoglądam na zegarek. Jak ten czas szybko leci. Już jest 14:35. Chłopak siada i opiera się plecami o ścianę. Kładę się tak, że mam głowę na jego kolanach, a nogi na poduszce.
- Pomyślę o tym później, na razie jestem z tobą i muszę się cieszyć - mówię, a chłopak zaczyna bawić się moimi włosami.
- Boli cię noga? Czy już nie? - pyta po dłuższej chwili ciszy.
- Taa, ale nie tak jak wcześniej - odpowiadam i zamykam oczy. Wyobrażam sobie jak to jutro będzie na kolacji z moim tatą. Jego dziewczyna mnie polubi? A jego syn? Dogadamy się?
- A co z maścią co przepisał twój tata? - dopytuje.
- W dupie mam jakieś maści. Przejdzie i bez tego. - odpowiadam.
- Och wróciła ta wredna Stella - śmieje się ze mnie.
- Nigdzie nie odchodziłam - również się uśmiecham.
Siedzimy w ciszy przez kolejne 10 minut, aż w końcu chłopak ją przerywa.
- Wiesz co? Chyba nie powinienem iść jutro na tą kolację - mówi lekko zmieszany.
- Czemu?
- No wiesz, to twój tata, dopiero go odnalazłaś i masz poznać jego rodzinę, do czego tam ja?
- Rozumiem. - od razu mój uśmiech znika. Ale chwila...Wiem już dlaczego on nie chce iść. Jutro jest piątek, a co za tym idzie? Impreza. Cóż nie pójdę na nią, a on chce to niech idzie.
- To nie sprawa mojego ojca tylko tego, że chcesz iść na imprezę z Harrym prawda? - mówię i otwieram oczy. Przyglądam mu się przez chwilę on kiwa niepewnie głową. Wiedziałam... - Było powiedzieć od razu. Nie robiłabym sobie nadziei, a tak naprawdę myślałam, że tam ze mną pójdziesz, ale rozumiem, że impreza jest ważniejsza. - dokańczam i wstaję z jego kolan. Siadam do niego plecami i wycieram łzę, która mi wypłynęła.
- Stella, to nie tak - zaczyna i łapie mnie za ramię, ale strzepuję jego rękę.
- Idź już. Jutro musisz iść do szkoły - mówię i czuję rosnącą gulę w gardle. Naprawdę nie chcę żeby szedł, ale nie potrafię tego powiedzieć.
- Stella - mówi błagalnie - Spójrz na mnie - wstaje i podchodzi bliżej mnie. Odsuwam się i słyszę jak wzdycha.
- Wyjdź - mówię cicho i zamykam znów oczy. Staram się nie rozpłakać, ale ciężko mi to wychodzi.
- Dobrze, ale odezwij się potem - mówi i całuj mnie w głowę po czym słyszę zamykanie drzwi. Wstaję i podchodzę do nich. Patrzę jak znika ze schodów, a następnie wychodzi z domu. Zbliżam się do okna i widzę jak chłopak rozgląda się po okolicy i wyciąga telefon. Naprawdę chciałam, żeby został, ale nie teraz. Zresztą ja sama nie wiem co chcę. Zamykam drzwi i gdy mam pewność, że jestem sama, padam na łóżko i zaczynam płakać. Nie wiem co się ze mną dzieje, ale jakaś wrażliwsza się zrobiłam. Muszę z tym skończyć. Z chęcią bym poszła potańczyć, ale nie mogę... Słyszę pukanie do drzwi, a raczej walenie.
Wycieram oczy dłonią po czym wstaję i otwieram drzwi. Widzę w nich Larrisę i Logana. Czego oni tu kurwa chcą?
- Czego? - warczę i poprawiam włosy.
- Chciałam ci powiedzieć, że po twojej wyprowadzce będę miała twój pokój i cieszę się, że w końcu zrobili z tobą porządek - piszczy suka i się uśmiecha. Nie myśląc długo zamachuję się i wymierzam jej siarczysty policzek. Chwieje się na nogach i gdyby nie chłopak za nią na pewno by upadła. - Jak mogłaś?
- Jak widać mogłam. Nie martw się już w sobotę mnie tu nie będzie i bierz sobie co chcesz szmato - mówię i zamykam szybko drzwi, po których następnie zjeżdżam w dół. Gdzie ja się podzieję? Może i dostanę kasę, ale co mi z tego? Mogę se wybudować dom, ale nie będę w nim sama mieszkała.
Spoglądam na zegar i widzę godzinę 16:13.
Nie wprowadzę się do chłopaków, bo będę zawalała im głowę. Do Madi też nie. Co ja mam zrobić?!
Wstałam z podłogi i podeszłam do mojej szafy, którą otworzyłam. Mam strasznie dużo ciuchów. Z pod łóżka wyjęłam walizkę i ją otworzyłam. Zaczęłam ściągać z wieszaków bluzy, swetry i składać do walizki. Musi mi się wszystko zmieścić w 2 walizkach. A to jest nie możliwe...
Moje pakowanie przerwał mi dzwoniący telefon. Spojrzałam tym razem na wyświetlacz i zauważyłam imię mojej przyjaciółki. Wahając się odebrałam i przyłożyłam słuchawkę do ucha.
- Czego?
- Może trochę grzeczniej, nic ci nie zrobiłam.
- Dobra co chcesz?
- Nie uwierzysz co się stało?! 
- No nie wiem, co?
- Jedziemy na wycieczkę - pisnęła mi do ucha.
- I co w związku z tym? - zapytałam trochę znudzona.
- Nie cieszysz się? Będzie fajnie, mówię ci. 
- Taa na pewno
- A wiesz gdzie? Na Bora Bora - zaczęła krzyczeć. Że gdzie?
- Co kurwa? Bora Bora? Przecież to wyspa! Droga wyspa! 
- Tak wiem, ale pół ceny płaci szkoła, a pół my!
- Czyli ile my płacimy? 
- Jak się nie mylę to 2 tysiące albo 2 i pół 
- Aaa, nie wierzę - sama zaczęłam się cieszyć.
- Jak masz czas to wpadnę i ci opowiem, jestem niedaleko twojego domu
- Oczywiście, widzę cię za 5 minut u mnie. - zaśmiałam się i wstałam z podłogi na której siedziałam.
- Już idę. Wyjdź po mnie - powiedziała i się rozłączyła.
Rzuciłam telefon na łóżko i zeszłam pomału po schodach. Noga jakoś przestała mnie boleć więc mogłam iść normalnie. Z salonu dalej dochodziły śmiechy i rozmowy więc zgaduję, że tamci faceci jeszcze nie poszli. Podeszłam do drzwi, które otworzyłam. Z racji, że byłam na bosaka nie mogę wyjść za daleko więc zeszłam tylko po schodkach i ustałam przy bramce. Z daleka widziałam uśmiechniętą twarz Madi. Gdy mnie zobaczyła od razu zaczęła biec. Uśmiechnęłam się do niej i wpuściłam na podwórko. Przytuliła mnie do siebie, a mi poleciała łza. Ale nie wiem czemu. Może temu, że robisz się ciapowata? Podpowiada mi głosik w głowie, ale szybko się otrząsam.
- Co u ciebie? Gdzie Louis? Odpowiadaj - zaczęła nawijać i pociągnęła mnie za rękę do mojego domu.
- Chujowo, ale stabilnie. A Louis sobie poszedł - odpowiedziałam, gdy szłyśmy po schodach do mojego pokoju. Jeszcze mojego.
- Czemu chujowo? Co się stało? Gdzie poszedł Louis i czemu? - zatrzymała się nagle i znów zadała pytania.
- Powiem ci jak wejdziemy do mnie, chodź - odpowiedziałam i powędrowałyśmy do pokoju. Dziewczyna gdy zobaczyła walizkę na ziemi od razu się zatrzymała.
- Gdzie wyjeżdżasz? - od razu spytała.
- Nigdzie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Możesz mi wszystko wytłumaczyć?! Nic nie rozumiem - odpowiedziała i usiadła zrezygnowana na łóżku.
- Okej. To było tak... Wczoraj gdy poszliście to Louis został ze mną na noc i rano spytał czy chcę być jego dziewczyną i się zgodziłam - zaczęłam mówić, a ona zaczęła się uśmiechać - I pokłóciłam się znów z 'rodzicami' - zrobiłam cudzysłów w powietrzu na ostatni wyraz - I zaczęliśmy żartować i upadłam i bolała mnie noga i pojechaliśmy do szpitala i okazało się, że lekarzem jest mój biologiczny tata, rozumiesz? I jak wróciliśmy to matka chciała porozmawiać, więc porozmawialiśmy i ona znalazła psychologa dla mnie i ginekologa i agenta nieruchomości - dokończyłam na jednym wdechu. Dziewczyna otworzyła szerzej oczy.
- Czekaj...co?! Znalazłaś ojca? Po co psycholog? Po co ginekolog i agent nieruchomości? - zaczęła zadawać pytania, sama się gubiąc.
- No okazało się, że mam brata przybranego czy jakoś tak. Psycholog, bo matka stwierdziła, że mi potrzebny. Ginekolog, bo jak wczoraj przyszła i powiedziała, że jest w ciąży to też jej powiedziałam, że jestem w ciąży i nie wiem z kim. I chciała żebym usunęła dziecko. - odpowiedziałam na jej pytania, ale zapomniałam o agencie nieruchomości. 
- Ale nie jesteś w ciąży prawda?
- No nie. A i agent nieruchomości, bo kazali mi się wyprowadzić do niedzieli - powiedziałam. 
- Jak to wyprowadzić?! Za co będziesz żyć? 
- No powiedzieli, że dadzą mi 50 tysięcy i będą mi przesyłać 5 tysięcy miesięcznie, ale powiedziałam, że jeśli chcą się mnie pozbyć to też mam warunki i chcę 65 tysięcy na starcie i po 15 miesięcznie. No i się zgodzili, bo powiedziałam, że jak nie to złoże zeznania i pójdą siedzieć. - odpowiedziałam jej i usiadłam na podłodze.
- Okej rozumiem, chyba - powiedziała, a ja się zaśmiałam. - Gdzie teraz będziesz mieszkać? Jeśli chcesz to możesz do mnie. Moi rodzice nie będą mieli nic przeciwko temu. - zaoferowała, ale ja od razu pokręciłam przecząco głową.
- O nie, odpada. Louis też mi proponował abym zamieszkała z nim i z chłopakami, ale nie mogę. Na razie pójdę do hotelu, a później może wynajmę jakąś ruderę - powiedziałam to co wymyśliłam. I tak zrobię.
- Uparta jesteś - powiedziała i walnęła mnie w ramię.
- Powinnaś to wiedzieć już dawno - uśmiechnęłam się i chciałam wstać, ale akurat teraz noga dała o sobie znać i upadłam. Madi szybko do mnie doskoczyła i pomogła mi wstać. - Kurwa. - zajęczałam, gdy posadziła mnie na łóżku.
- Właśnie co ci w nogę? 
- Długa historia. Mam dość używania języka na dzisiaj, ale upadłam przez Louisa i jak byłam w szpitalu to okazało się, że to tylko zbicie. - powiedziałam.
- Aha no dobrze
- A ty opowiadaj o Bora Bora - powiedziałam uradowana. Dziewczyna aż podskoczyła z radości.
- A już. No to jak ci mówiłam, lecimy czy tam płyniemy na Bora Bora na dwa tygodnie. Wylatujemy 13 czerwca - pisnęłam radosna. - I to jest tak, że szkoła płaci pół ceny, a uczniowie resztę - dokończyła.
- To niemożliwe - złapałam się za twarz. Nie wierzę w to!
- Oj możliwe - powiedziała i mnie przytuliła. - A ja akurat mam tyle ile trzeba, bo oszczędzałam przez rok szkolny i mam! - uśmiechnęła się.
Po naszej rozmowie posiedziałyśmy chwilę, Madi opowiedziała mi jak było w szkole i oczywiście według mnie to nuda. I poszła do domu. Gdy wyszła była już 19:12. Zostawiłam walizkę i położyłam się na łóżku.
Chwyciłam laptopa i go uruchomiłam. Położyłam sobie na kolanach i zaczęłam przeglądać różne strony. Weszłam w moją muzykę i napotkałam piosenkę w języku polskim. Pamiętam, że kiedyś uczyłam się tego języka przez 2 lata, ale potem odpuściłam. Włączyłam ją i zaczęłam się jej przysłuchiwać i przypominać niektóre słowa. Najsłodsze jakie kiedykolwiek słyszałam to 'Kocham cię'. Polacy wymawiają to tak ładnie i czysto, a ja? Ja plączę sobie język. Po dwóch godzina siedzenia i przeglądania internetu zamknęłam komputer i poszłam do łazienki. Zdjęłam ubrania i weszłam pod prysznic. Woda spływała po mnie dając ukojenie. Dużo się dzieje ostatnio.
Po wyjściu i wysuszeniu się położyłam się na łóżko. Naszła mnie myśl żeby zadzwonić do Louisa, ale lepiej nie. Dalej jestem na niego zła. Chociaż może to smutek, sama nie wiem. Nim się obejrzałam już spałam.

***następny dzień***
Obudził mnie czyjś oddech na policzku. Nie pamiętam, żeby ktoś wczoraj u mnie zostawał. Otworzyłam oczy i krzyknęłam ze strachu. Nade mną zwisała uśmiechnięta twarz Louisa. Obejrzałam się w prawo i zobaczyłam Madi, Zayna i Harrego. Co oni tu robią? Powinni być w szkole. Chyba, że przespałam cały piątek i mamy sobotę, ale to raczej odpada.
- Co wy tu kurwa robicie? Czemu mnie obudziłeś? Kto was wpuścił? - zaczęłam zadawać pytania. Szatyn, który nade mną był teraz stał obok loczka. Wszyscy się zaśmiali gdy na mnie spojrzeli. O co im chodzi? Mam coś na twarzy? Jeszcze się nie malowałam. 
- Po pierwsze nie przeklinaj, po drugie obudził cię, bo jesteś nam potrzebna, musimy porozmawiać, a po trzecie sami weszliśmy, drzwi były otwarte, a nikogo nie ma w domu. - odpowiedział Harry.
- Co kurwa? Czemu ja ciągle muszę z kimś rozmawiać?! Nie możecie wszyscy dać mi świętego spokoju?! Od kiedy wchodzi się do czyjegoś domu, gdy jest otwarte?! - zaczęłam na nich krzyczeć i wstałam z łóżka. Mam dzisiaj strasznie zły humor i nic go nie poprawi, a jeszcze wieczorem idę na kolację.
- Przestań na nas krzyczeć - uniosła się Madi - Chcemy pogadać o wycieczce i o mieszkaniu, ale ty jak zwykle masz swoje humorki! - dokończyła, a ja się troszkę więcej ze złościłam.
- Czy ja wam czegoś nie powiedziałam o mieszkaniu? Znajdę sobie jakąś ruderę i już! Nie róbcie problemu i nie próbujcie mi pomagać, bo poradzę sobie sama! - krzyknęłam i usiadłam z przypływu złości.
- Kurwa Stella! Nie możesz chociaż raz przyjąć tej jebanej pomocy?! - odkrzyknęła również i zbliżyła się do mnie. 
- Skoro jest jebana to po chuja mi ją oferujecie? - odpowiedziałam pytaniem. Brunetka złapała się za głowę i wrzasnęła. Jak ona się denerwuje, to nie jest fajnie. Ja robię to cały czas więc to co innego. 
- Słuchaj - zaczęła, a ja wstałam - Gówno mnie obchodzi, że poradzisz sobie sama! Wiem, że dałabyś radę, ale jestem twoją przyjaciółką i muszę ci pomóc czy tego chcesz czy nie - dokończyła, ale już spokojniej. Może ma rację. Zawsze próbuję być samodzielna, ale ja po prostu taka jestem.
- Muszę to przemyśleć - odpowiedziałam cicho. Spuściłam głowę i usłyszałam, że ktoś mnie woła. 
- Nie zamierzasz zejść? - spytał mnie Zayn. No tak on nie wie jaką mam rodzinę. Chociaż skoro przyszedł to mu na pewno powiedzieli. 
- Taa już idę - odkrzyknęłam i się podniosłam. Stawiałam małe kroki w stronę drzwi nie patrząc na przyjaciół.
Zeszłam pomału po schodach i skierowałam się do salonu. Siedział tam ten sam facet co wczoraj i jak się nie mylę to jest on psychologiem, a obok niego moja matka i Verne. Ustałam w przejściu i popatrzyłam wyczekująco. Nadal byłam w piżamie i jak na razie nie mam zamiaru tego zmienić. 
- Stella mogłabyś się ubrać - zajęczała moja matka, ale machnęłam ręką. - Czemu drzwi były otwarte? - spytała. 
- Chuj mnie to obchodzi - odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami. 
- Stella zachowuj się trochę. Pamiętasz pana Horana? Przyszedł z tobą porozmawiać - powiedziała.
- Chyba cie pojebało, nie będę z nikim rozmawiać, a na pewno nie z psychologiem, jeśli uważasz, że jest on potrzebny mi, to lepiej wybierz się do psychiatry - warknęłam i skierowałam się kuchni. Zaschło mi trochę w gardle. Już miałam wchodzić kiedy ktoś złapał mnie za rękę. Westchnęłam i się odwróciłam. Za mną stał Verne z srogim wyrazem twarzy. Uważaj, bo się ciebie boję.
- Nie skończyliśmy rozmawiać, siadaj - powiedział i siłą posadził mnie na kanapie. Szybko się zerwałam i stanęłam na środku pokoju. Położyłam ręce na biodrach i wzięłam głęboki oddech.
- Teraz mnie słuchacie - zaczęłam i usłyszałam prychnięcie ze strony matki - Nie mam zamiaru rozmawiać z żadnym psychologiem. Wiem, że macie mnie dość, ja was również, ale zostało nam już tylko - spojrzałam na zegar. Już 10:30. - niecałe 20 godzin wspólnego towarzystwa i się wyniosę. Więc teraz, w tej chwili widzę pieniądze na stole. - dokończyłam.
- Jakie 20 godzin? Masz czas do niedzieli! - powiedziała moja mamusia. 
- I co z tego? Dzisiaj o 16 wychodzę i wrócę późno, a rano się wynoszę. Nie mam zamiaru spędzać z wami ani dnia dłużej. - odpowiedziałam i poprawiłam włosy. To chyba mój taki nawyk. - Więc poproszę pieniądze, teraz. - warknęłam.
- Gdzie dzisiaj wychodzisz? Kiedy się spakujesz? - znów moja matka zadała pytania.
- Nie udawaj, że cię to interesuje. Spakuję się teraz i już. - odpowiedziałam jej z niechęcią. Verne wstał i podszedł do barku. Znów wyjmie wódkę?
- Dostaniesz swoje pieniądze - powiedział i mnie trochę zdziwił. Wyjął jakieś pudło, które postawił na stole.- Wolisz gotówkę, czek czy przelew? - zapytał. 
- Teraz poproszę 5 tysięcy gotówką, a 60 na konto - odpowiedziałam.
Mężczyzna wyjął dwie koperty i mi je wręczył. Otworzyłam i znajdowały się tam pieniądze. 
- A teraz usiądź tu i patrz, że przelewam 60 tysięcy do ciebie - powiedział i otworzył laptopa. Zajęłam miejsce obok, ale w bezpiecznej odległości. Popatrzyłam chwilę i gdy byłam pewna, że pieniądze są już moje wstałam.
- Dziękuję bardzo. Co miesiąc widzę 15 tysięcy i ani chuja mniej. - powiedziałam i skierowałam się w stronę schodów.
- O której dokładnie się wyprowadzasz? - spytała moja matka. Zatrzymałam się na chwilę i pomyślałam.
- Około 11 
- Dobrze, ale nie chcę cię widzieć w tym domu więcej - dopowiedziała, a ja prychnęłam i się cofnęłam. Stanęłam naprzeciwko niej i zacisnęłam pięści. 
- Myślisz, że jestem na tyle głupia żeby wrócić do tej jebanej patologi?! - ona kiwnęła głową, a ja się roześmiałam - Pojebana jesteś myśląc tak. - powiedziałam i się odwróciłam. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Spojrzałam jeszcze raz na nią i schyliłam się do jej ucha. - Kojarzysz Ben'a Hill'a? - wyszeptałam, a ta zamarła. 
- Toć to zwykły skurwysyn, on jest teraz w Ameryce ze swoim bachorem i tą dziwką, a mnie zostawił tu z tobą - machnęłam rękami, a ja się zaśmiałam, znowu.
- Skurwysynem możesz nazwać swojego teraźniejszego męża i jego bachora, a dziwką jesteś ty - splunęłam i szybko wyszłam nie czekając na jej reakcję. Na schodach stali moi przyjaciele z szeroko otwartymi buziami. Szybko wleciałam po schodach i się zaśmiałam trącając ich lekko. Weszłam do pokoju i zauważyłam, że moja walizka jest do połowy pełna. Ale przecież ja schowałam do niej tylko trzy bluzy i jedne spodnie, bo więcej nie zdążyłam. Odwróciłam się i napotkałam uśmiechniętą twarz Madi.
- Co to ma być? - spytałam.
- No pomogłam ci się trochę pakować - wzruszyła ramionami i usiadła razem z Zaynem i Harrym na sofie.
- A tak w ogóle to czemu wy nie jesteście w szkole?
- No nie chciało nam się iść i przyszliśmy do ciebie - odpowiedział Harry jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Ale nie będę wnikać.
- A co masz w tej kopercie? - spytał Zayn.
- Yyy.... - zawahałam się nad odpowiedzią...


Jeej! Nie wierzę! Udało mi się ten rozdział napisać w 3 godziny. Nie wiedziałam, że mam takie możliwości... xD Bardzo łatwo mi się ten rozdział pisało i dlatego jest. Powiedziałam, że będzie jutro albo pojutrze ale bardzo chcę go wam dodać, bo nie wytrzymam. Kolejnego możecie się spodziewać w niedzielę. Chyba, że znowu mi strzeli i napiszę go w 3 godziny. xD
Dziękuję za bardzo miłe komentarze. One na prawdę dodają chęci do pisania.
Ile teraz komentarzy? 5/6 ?
Oczywiście nie musicie, bo was do tego nie zmuszam po prostu bardzo się cieszę gdy widzę tyle komentarzy, a to się równa z tym, że mam chęci do pisania. Bo wenę to ja mam na razie cały czas do tego bloga. :)
Przepraszam, że taki krótki i nudny jak flaki z olejem, ale następny będzie lepszy.W 8 poznacie Brada i Esmeraldę. 
Ciekawa jestem czy podoba wam się mój styl, sposób pisania? 
Pozdrawiam, Violette xoxo

czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 6 ,,Masz się wyprowadzić...''

- Tata? - spytałam i poczułam, że łzy zbierają mi się w oczach. Spojrzałam na Louisa, który stał z szeroko otwartymi oczami i się patrzył.
- Tak, to ja. Boże jak się cieszę, że tu przyszłaś - powiedział i się ode mnie odsunął. Odnalazłam ojca nawet go nie szukając. Ale się cieszę.
- Też się cieszę, ale mógłbyś zbadać mi nogę? - krzywo się uśmiechnęłam czując coraz większy ból w kostce. Czemu ja jestem taką niezdarą i musiałam się przewrócić?
- A tak, chodź siadaj - powiedział i wskazał dłonią specjalny fotel albo powinnam nazwać to stołem. Na jednej nodze podskoczyłam i z pomocą mężczyzny usiadłam. On sam przysunął sobie krzesełko, na którym usiadł. Zdjął moją balerinkę i podwinął nogawkę. Spojrzałam i zobaczyłam jedną wielką fioletową gulę.
- No ładnie to nie wygląda. Zaraz zrobię prześwietlenie i będę wiedział co ci jest - powiedział i odszedł do stolika obok. Nacisnął coś na jakimś komputerze i się uśmiechnął do mnie. Odwzajemniłam uśmiech i spojrzałam na Louisa, który cały czas stał w tym samym miejscu. Pokiwałam głową aby przyszedł do mnie, co uczynił. Uklęknął tak, że był na mojej wysokości. Przytuliłam się mocno do niego, a on znów zaczął mnie przepraszać.
- Jeśli coś ci się stanie to sobie tego nie wybaczę, ty przecież tańczysz, a bez nogi nie można - zaczął trajkotać, ale mi się nie chciało tego słuchać. Szybko przyciągnęłam jego twarz do swojej i cmoknęłam. Chłopak się uśmiechnął i skończył gadać.
- Posłuchaj, to nie twoja wina, mogłam ci nie zabierać telefonu i nie byłoby problemu. A po za tym, nie obetną mi nogi więc będę mogła tańczyć. - zaśmiałam się i akurat podszedł do mnie mój tata.
- Usiądź prosto i nie machaj nogą - powiedział i przysunął coś przypominającego latarnię. Ustawił to dokładnie nad moją stopą i dał jakąś szmatę, abym położyła sobie na nodze, żeby nie odbijało światło. Wykonałam wszystko co trzeba i czekałam.
- Teraz trzeba trochę poczekać, a ty w tym czasie opowiadaj. Kim jest ten 'kutas'? - spytał robiąc cudzysłów w powietrzu na ostatni wyraz. Zaśmiałam się na jego słowa, a razem ze mną tata.
- To jest Verne, drugi mąż mamy, taki kutas, że sobie nie wyobrażasz - uśmiechnęłam się.
- Od kiedy jest z twoją mamą? Czemu kutas? - zadał kolejne pytania.
- Od pięciu lat się spotykają, a od trzech są małżeństwem - skrzywiłam się - I on na inne określenie nie zasługuje.
- Dlaczego? - spytał mój ojciec i kliknął coś na monitorze. Kazał przekręcić mi nogę na bok i dalej opowiadać.
- Dlaczego? Ten chuj ciągle się ze mną kłóci, wyzywa mnie, a wczoraj przeszedł sam siebie.
- Po pierwsze nie przeklinaj tak, bo to nie ładnie - powiedział i się uśmiechnął - A po drugie co wczoraj zrobił?
- W szkole miałam drobne sprzeczki i po pierwszej lekcji poszłam potańczyć jak zawsze, a potem do centrum. Wieczorem wybierałam się na imprezę, ale na nią nie poszłam. No i z centrum handlowego wróciłam do domu, w którym była moja przyjaciółka Madi, Louis i Harry, przyjaciele, bo oni chcieli sprawdzić czy pójdę na tą imprezę noi jak szliśmy na górę, do mojego pokoju, to jak zwykle Larrisa weszła mi w drogę i zaczęłam się z nią sprzeczać i przyszedł Verne i mama i z nimi zaczęłam się kłócić i  mama mnie spoliczkowała, a potem Verne i jak chciał znowu to Louis stanął w mojej obronie i to on dostał - powiedziałam. Jak zwykle się rozgadałam i opowiedziałam więcej niż trzeba.
- Strasznie dużo mówisz - zauważył i się zaśmiał - Ale to co zrobił jest nie dopuszczalne!
- Wiem i dzisiaj jak mieliśmy jechać z Louisem tutaj to powiedział, że jak wrócę to musi ze mną porozmawiać, bo to ważne, ale nie wiem o co chodzi - powiedziałam.
- Dobrze. Już możesz usiąść normalnie. Teraz chwile poczekaj aż wyjdzie zdjęcie i opowiadaj. - powiedział, a ja zeszłam z tego stołu i z pomocą Louisa usiadłam na sofie.
- A nie masz już innych pacjentów? - spytałam.
- Na razie nie. Jesteś ostatnia, później mam przerwę godzinną. - uśmiechnął się i zaczął klikać coś w komputerze. - Kim jest ta Larrisa?
- To jest córka Verne, taka szmata - powiedziałam i ugryzłam się w język, miałam nie przeklinać. Ale ja nie umiem.
- Mówiłem ci coś - znów zwrócił mi uwagę i się uśmiechnął.
- No przepraszam, ale ja nie umiem inaczej, przyzwyczaiłam się do tego.
- Rozumiem. A wspominałaś coś o tańcu, to jak to jest?
- Od sześciu lat tańczę
- Co?
- Głównie tańce nowoczesne, hip hop, breakdance i takie tam. Chodzę nawet do szkoły tanecznej. - spojrzałam na Louisa, który cały czas siedział cicho. Mój tata również na niego spojrzał.
- A kim jest ten chłopiec? - uśmiechnął się szczerze, a Louis się troszkę zarumienił.
- To jest Louis. Jest moim chłopakiem od wczoraj - powiedziałam.
- Och rozumiem. Spróbuj mi ją tylko skrzywdzić a zobaczysz - pokiwał palcem w stronę Louis i się roześmiał. Szatyn również się zaśmiał, ale wiem, że jest spięty. - Wiesz dopiero cię odnalazłem, teraz nie mogę cię stracić. - powiedział tym razem do mnie.
- Wiem, ja też nie chcę cię stracić. Wiesz, że miałam zamiar cię szukać? - przypomniałam sobie moje zamiary. Mężczyzna się uśmiechnął. - Może powiedz coś o sobie teraz. Masz jakąś kobietę? - spytałam i poruszałam śmiesznie brwiami.
- Mam narzeczoną i syna - powiedział i zajrzał do szuflady.
- O czyli mam braciszka? - uśmiechnęłam się do niego.
- No nie można powiedzieć, że braciszka bo on ma 17 lat. - podrapał się po głowie. Ale jak? Przecież ja mam 19 to jak on może mieć 17? Chyba że...
- Czyli ty... - powiedziałam, ale nie mogłam dokończyć.
- Tak, zdradziłem twoją mamę. Między innymi dlatego was zostawiłem. Ale nigdy nie zapomniałem o tobie - powiedział i podał mi jakąś kopertę. Popatrzyłam na nią wielkimi oczami. Co tam się znajduje? - Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi tego za złe.
- Oczywiście, że nie. Nie rozumiem dlaczego, ale nie chcę wiedzieć. A co jest w tej kopercie? - powiedziałam zmieszana. Złapałam za brzeg koperty i zaczęłam obracać ją w dłoniach.
- Ja nie wiem, ale wiem, że nie kochałem nigdy twojej mamy, ale za to ciebie kocham całym sercem. Jesteś dla mnie ważna tak samo jak Brad. - powiedział, a ja wiem, że mówi prawdę. Widać to po jego oczach.
- Kim jest Brad? - spytałam, ponieważ nie znam nikogo o takim imieniu.
- To twój brat, jest strasznie podobny do ciebie - powiedział z dumą? Chyba tak.
- A mogę wiedzieć co jest w tej kopercie? - spytałam przypominając sobie o przedmiocie w moich dłoniach.
- Otwórz, jest tam zdjęcie mojej narzeczonej i Brada - powiedział i zachęcił mnie do otworzenia.
Nie pewnie złapałam za górną krawędź i lekko podniosłam. Tak jak mówił tata było tam zdjęcie. Ale czy jestem gotowa zobaczyć kobietę, z którą mój ojciec zdradził moją matkę? Oczywiście, że jestem. Po co ja się jeszcze zastanawiam? Szybko wyjęłam zdjęcie, które było tyłem. Przez chwilę się zawahałam, ale odwróciłam zdjęcie. Był na nim chłopak na oko 18 lat i kobieta. Bardzo piękna kobieta i podobna do syna. A ten syn był bardzo podobny do mnie.
- Widzisz podobieństwo? - spytał.
- Tak widzę - uśmiechnęłam się i chciałam oddać mu zdjęcie. On zatrzymał mnie gestem dłoni. O co chodzi?
- Zatrzymaj je sobie. Żebyś zawsze pamiętała, że masz brata - powiedział i teraz on się do mnie uśmiechnął - Jeśli chcesz mogę was umówić. Albo mam lepszy pomysł! Wpadnij wieczorem do mnie do domu na kolację. Poznasz Esmeraldę i Brada. - zaskoczył mnie swoją propozycją, już miałam mu odpowiedzieć gdy przerwał mi telefon. Odebrałam nie patrząc na wyświetlacz.
- Halo?
- Stella?
- Tak, kto mówi?
- To ja Harry, nie poznajesz?
- A no tak. Co  tam? Co chcesz?
- Chciałem spytać jak tam z Louisem i czemu nie ma was w szkole?
- Zobaczycie jak się spotkamy, a nie ma nas, bo jesteśmy w szpitalu.
- Co?! Co się stało?
- Spokojnie to tylko mały wypadek. Słuchaj muszę kończyć odezwę się później.Pa
Nie czekając na odpowiedź rozłączyłam się. Schowałam z powrotem telefon do kieszeni spodni i spojrzałam na mojego tatę.
- Z chęcią, tylko lepiej byłoby w weekend, ponieważ jutro idę do szkoły
- Ach no tak, zapomniałem. To zapraszam w piątek, czyli jutro o 17:00 do mnie. - uśmiechnął się co odwzajemniłam. - Oczywiście jeśli chcesz to możesz wziąć chłopaka. - powiedział i spojrzał na Louisa. Ten zrobił wielkie oczy i nie mógł nic powiedzieć.
- Oczywiście, że przyjdę. A z nim jeszcze pogadam - powiedziałam i złapałam Louisa za rękę.
- Tylko mam do ciebie prośbę. Jeśli możesz, to nie mów nic na razie swojej mamie, dobrze?
- I tak nie zamierzałam jej mówić. Są już te zdjęcia? - spytałam przypominając sobie
- A tak. Są i wynika z nich, że to tylko zbicie. Nic strasznego się nie stało.
- Czyli mogę wziąć udział w turnieju za miesiąc, prawda?
- Jakim turnieju? - unosi wysoko brwi.
- No tańca. Moja szkoła taneczna go organizuje i będą wszystkie szkoły taneczne w Londynie.
- Jeśli będziesz uważała to tak - posyła mi szczery uśmiech, który odwzajemniam. Przepisuje mi maść, a ja w tym czasie zakładam but. Z pomocą Louisa podchodzę do biurka, o które się opieram.
- Tu masz receptę na specjalną maść, którą musisz smarować nogę przez dwa tygodnie i zawijać bandażem. No i to wszystko, możesz iść do domu. A i dobrze by było gdybyś jutro jeszcze nie poszła do szkoły. - wstał i podał mi kartkę. Odprowadził mnie do drzwi, które następnie otworzył. - A jeszcze pamiętaj o zaproszeniu na kolację.
- Oczywiście, że pamiętam. Szkoda, że nie mam adresu - śmieję się, a razem ze mną tata.
- No tak. Zapiszę ci go na kartce, dobrze? - powiedział i podszedł do biurka. Chwycił kartkę i długopis i zaczął na niej bazgrać. Stoję oparta o ramię Louisa i mu się przyglądam. - Proszę - powiedział i podał mi karteczkę. Schowałam ją do kieszeni i spodni i przytuliłam lekko ojca.
- To do jutra - powiedziałam i z Louisem wyszliśmy z sali i skierowaliśmy się do windy. Gdy weszliśmy do pudła wcisnęłam 0 i przytuliłam się do ciała chłopaka.
- Cieszysz się? - spytał mnie.
- Nie wiem, chyba tak. Odnalazłam ojca nie szukając go, dowiedziałam się, że mam brata i jeszcze zostałam zaproszona na kolację, ale dowiedziałam się też, że moja mama była zdradzana kiedy ja byłam malutka i sama nie wiem. Ale obawiam się, tego co ten palant chce mi powiedzieć jak wrócę - zmartwiłam się przypominając sobie, że Verne chce ze mną porozmawiać.
- Nie martw się, pojadę z tobą i nic ci nie zrobi. - powiedział i wyszliśmy z windy. Poczułam wibrację w kieszeni i wyjęłam z niej telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer mojej matki. Odrzuciłam połączenie i schowałam telefon.
- Kto dzwonił? Czemu odrzuciłaś? - spytał Louis i otworzył przede mną drzwi. Skierowaliśmy się w stronę postoju taksówek, aby wrócić do mnie. Chociaż nie wiem czy chcę tam wracać.
- Moja matka, nie będę z nią rozmawiać. - odpowiedziałam, a chłopak tylko pokiwał głową w zrozumieniu.Otworzył przede mną drzwi jednej z taksówek i podał kierowcy mój adres. Dziwne, że tak szybko go zapamiętał. Przez drogę rozmyślałam o jutrzejszej kolacji. Właśnie! Miałam pogadać z Louisem.
- Pójdziesz ze mną jutro na kolację? - spytałam nie zwracając uwagi na mężczyznę przede mną.
- Yyy nie wiem czy to dobry pomysł - podrapał nie nerwowo po karku, a ja przewróciłam oczami.
- Oczywiście, że jest. Przecież mój tata sam cię zaprosił. Chyba mi nie odmówisz?
- Ech...no dobrze - powiedział i dał mi krótkiego całusa w nos. Zaśmiałam się na ten gest. Może i jestem z nim dopiero jeden dzień, ale na prawdę wiem, że czuję do niego coś bardzo mocnego.
Nim się obejrzałam już stałam przed moim domem. Louis zapłacił taksówkarzowi na co się skrzywiłam, ale nic nie powiedziałam. Szłam przytrzymując się ramienia Louisa, a gdy doszłam do drzwi szarpnęłam za klamkę. Drewniana powłoka otworzyła się, a ja usłyszałam hałas z salonu.
- Stella to ty? Jeśli tak to chodź musimy pogadać - usłyszałam krzyk mamy i po chwili ktoś zaczął się śmiać. Spojrzałam na Louisa, a on na mnie. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam do salonu. Ciekawe o czym będziemy rozmawiać...
- Czego chcecie? - spytałam, ale zauważyłam, że na sofie nie siedzi tylko moja matka i Verne, ale również trzech mężczyzn. O co chodzi? Wszyscy uśmiechają się do mnie, a ja wykrzywiam twarz w grymasie.
- Bądź grzeczniejsza. Chodź siadaj, twój kolega też może - powiedziała i poklepała miejsce na kanapie obok niej.
- Nie dzięki, postoje. Mówcie czego chcecie - powiedziałam głosem pełnym jadu.
- No to poznaj. To jest pan Bobby Horan - powiedziała i wskazała na pierwszego mężczyznę około 50. Zachłysnęłam się powietrzem słysząc to nazwisko. - Jest on psychologiem i pomoże ci rozwiązać twoje problemy - powiedziała, a mi oczy wyszły na wierzch. Czy ona znalazła mi psychologa? Niech najpierw sama się zbada.
- Weź przestań być żałosna i odpuść - powiedziałam i poprawiłam włosy.
- O nie młoda damo. Przekroczyłaś swoje granice i teraz będzie to co powinno - powiedziała i posłała fałszywy uśmiech w stronę facetów na kanapie. - Idź teraz po swoja siostrę Larrisę i musimy wszyscy porozmawiać to ważne - powiedziała, a ja westchnęłam. Nie mam ochoty dzisiaj krzyczeć więc wykonuję jej polecenie. Zostawiam Louisa samego, a ja skaczę po schodach do jej pokoju. Nie wierzę, że to robię.
- Larrisa rodzice wołają cię na dół, chcą poro... - zaczynam mówić głośno zanim jeszcze otwieram drzwi. Ale gdy to robię gwałtownie przerywam i staję nieruchomo.
- O mój Boże! - tylko tyle udaje mi się powiedzieć, gdy widzę Larrisę na łóżku, gołą, a na niej chłopaka. I to nie byle jakiego chłopaka, tylko Logana. To tam zniknął wczoraj. U niej w pokoju.
- Zamierzasz tak stać i patrzeć czy wyjdziesz? - pyta z pogardą chłopak. Zaczynam się śmiać z tego i szybko wyciągam telefon i robię im trzy zdjęcia. Wiem, że to niedorzeczne, ale nie myślę normalnie. Szybko wychodzę zanim Logan zdąży wstać. Słyszę z dołu śmiechy, więc pomału schodzę po schodach. Wchodzę do salonu i wzrok wszystkich jest skierowany w moją stronę.
- Gdzie Larrisa? - pyta moja matka.
- Wybaczcie nie zejdzie, jest zbyt zajęta ruchaniem się z Loganem - mówię i zaczynam się śmiać. Wiem nie jestem normalna, ale mam to gdzieś.
- No dobrze. Wiadomo młodzież musi się wyszaleć - mówi jej ojciec, ale ja milczę, chociaż chcę dać jakąś odpowiedź. Podchodzę do Louisa, który cały czas stoi w tym samym miejscu gdzie go zostawiłam czyli w przejściu.
- Dobrze, Stella poznaj to jest Gordon Hay i jest on ginekologiem i chirurgiem, pomoże ci pozbyć się dziecka - powiedziała moja matka i wskazała na mężczyznę po środku w wieku około 40 lat, a ja miałam ochotę podejść i zajebać jej w ryj.
- Nie jestem w ciąży, to po pierwsze, a po drugie nawet gdybym była to nie dałabym zrobić aborcji! - krzyknęłam, bo nie mogłam już wytrzymać. Jak ja mam ich dość. Spojrzałam w stronę schodów, gdzie było słychać hałasy. Schodzili po nich właśnie ruchające gołąbki. Zaśmiałam się na swoje myśli. Blondynka podeszła do ojca i usiadła obok, a chłopak ustał za nią.
- To dlaczego tak powiedziałaś? - spytała moja matka.
- Żebyś się kurwa odpierdoliła ode mnie - syknęłam w jej stronę, a ta tylko pokiwała głową.
- No dobrze. To przedstawiam ci jeszcze pana Richarda Bella - powiedziała i wskazała na trzeciego i ostatniego mężczyzną. Na oko ma 40 lat. Ale kim jest on? Grabarzem i będzie chciał mnie pochować?
Zaśmiałam się, ale chyba za głośno, ponieważ wszystkie oczy znów zwróciły się w moją stronę.
- Gówno mnie obchodzi jak się oni nazywają - powiedziałam i przestałam się szczerzyć.
- Powinno cię obchodzić. A pan Bell jest agentem nieruchomości - powiedziała, ale niestety teraz nie zrozumiałam. - Pomoże znaleźć ci mieszkanie. Wyprowadzasz się stąd. - sprostowała, a mi opadła kopara i to dosłownie. Oni se kurwa jaja ze mnie robią. Oczywiście chcę się wyprowadzić, ale nie mam na to pieniędzy. Matka jakby czytając w moich myślach odpowiada. Damy ci 50 tysięcy i masz za to kupić sobie mieszkanie i co jeszcze chcesz. Co miesiąc będziemy przesyłali 5 tysięcy na twoje wydatki, ale nie chcemy cię tu widzieć. - dokończyła, a mi się zrobiło słabo.
- Że co kurwa?! - krzyczę jak najgłośniej umiem. - Co ja mam zrobić?!
- No masz się wyprowadzić, nie rozumiesz? - mówi, a mi się chce płakać. Własna matka wyrzuca mnie z domu. Okej jest okrutna i jej mężulek też, ale no to jest cios poniżej pasa. I teraz patrząc w jej oczy nie widzę nic oprócz nienawiści do mnie. Ona mną gardzi.
- Rozumiem - szepczę i spoglądam na Larrisę, która uśmiecha się szerzej niż kiedykolwiek. Nie jestem słaba. O nie. Mam ochotę podejść i zedrzeć jej ten uśmieszek z jej pustego ryja. - Kurwa, czego szczerzycie wszyscy zęby? Jeszcze pożałujecie swojej decyzji. I nie potrzebuję żadnego z was, ani psychologa, ani chirurga, ani agenta - powiedziałam nie myśląc wcale. - Sama znajdę sobie mieszkanie i sobie poradzę, ale... - mówię i nie kończę. Chcą się mnie pozbyć? Okej, niech im będzie, ale mam żądania.
- Ale co? - pyta mnie Verne.
- Ale macie na start dać mi 65 tysięcy - mówię. Wiem, że są bogaci, wiele nie stracą, a zwłaszcza ten kutas - A co miesiąc poproszę o 15 tysięcy. Też mam wydatki. - dokańczam i jestem z siebie dumna.
- Tato chyba się na to nie zgodzisz? - piszczy i wstaje Larrisa. Verne ruchem ręki każe jej usiąść. Wykonuje to, ale widać, że jest zła.
- Możemy dać ci 55 tysięcy i 10 tysięcy co miesiąc - mówi mój ojczym.
- Powiedziałam jak ma być, albo 65 tysięcy i 15 co miesiąc, albo składam na was zeznania i pójdziecie siedzieć - powiedziałam nim zdążam pomyśleć.
- Dobra, niech ci będzie - mówi i wstaje. Podchodzi do barku, który otwiera i wyciąga z niego....





Proszę. Macie 6 rozdział. Przepraszam, że dopiero teraz, miał być we wtorek, ale miałam problemy z internetem. Dziękuję za te 5 komentarzy. To na prawdę wiele dla mnie znaczy. 
Co wy na taki obrót akcji, hmm? Podobają wam się żądania Stelli? Lubicie w ogóle główną bohaterkę? Jeśli tak to za co? Jeśli nie to czemu? Odpowiadajcie, to mnie na prawdę ciekawi.
Co mógł Verne wyciągnąć z barku? Macie podejrzenia gdzie podzieje się teraz Stella? Czytajcie i komentujcie. Następny pojawi się prawdopodobnie 22 lub 23 marca, ponieważ już połowę mam napisaną. :) 
Ile dacie radę napisać komentarzy? 4/5 ? 
Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach to zapraszam do zakładki informowani. 
Chcecie wiedzieć jak wygląda Brad lub Esmeralda? Zapraszam do zakładki bohaterowie. :)
Pozdrawiam, Violette xoxo

piątek, 14 marca 2014

Rozdział 5 ,,Tata?''

   Mój wzrok przeszedł na Louisa, który...siedział i robił coś w swoim telefonie. Odłożyłam mój telefon i po cichu podeszłam do chłopaka. Siedział do mnie bokiem i chyba mnie nie widział. Gdy stałam nad nim zauważyłam, że wpatruje się w zdjęcie. I to nie byle jakie zdjęcie. Ale moje zdjęcie gdy spałam!
- Czemu robisz mi zdjęcia jak śpię? - pisnęłam i rzuciłam się na niego, aby odebrać mu telefon. Niestety szatyn jest sprytniejszy ode mnie i szybko wstał przez co ja z hukiem upadłam na łóżku.
Louis zaczął się śmiać. Zablokował telefon, który położył na fotel i rzucił się na mnie. Usiadł na moich biodrach i cały czas patrzył mi w oczy. Zamknęłam powieki, aby nie widzieć co zrobi. Zaśmiał się jeszcze głośniej i schylił się tak, że czułam jego oddech na twarzy. Potarł swoim nosem o mój, a ja się naburmuszyłam.
- Nie smyraj mnie po nosie - powiedziałam i otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Był tylko jakieś dziesięć centymetrów od mojej twarzy. Zasłoniłam twarz swoimi dłońmi, aby się na niego nie patrzeć.
Jedną ręką zdjął moje ręce z twarzy i położył nad moją głową i je tam przytrzymał, a drugą założył moją grzywkę za ucho. Przeniósł ją na moje biodro i lekko je ścisnął. Znów się zaśmiałam i chciałam się podnieść, żeby go pocałować, ale on mi to uniemożliwił. Odsunął twarz od mojej i nie puszczając moich rąk wstał ze mnie. Puścił moje ręce i podszedł mojego biurka. Wykorzystując czas, w którym chłopak był daleko ode mnie wstałam, chwyciłam jego telefon i szybko wbiegłam do łazienki. Szybko zamknęłam drzwi i słyszałam jak chłopak znów się śmieje. Ale z czego? Przecież usunę mu zdjęcie i nie będzie go miał. Nie wiem czy to powód do śmiechu. Usiadłam na wannie i odblokowałam iPhone'a. Znaczy próbowałam go odblokować, ale na ekranie pojawiła się moja śpiąca twarz i niestety hasło. Czy ja jestem taka głupia i nie pomyślałam, że on może mieć założona hasło? Ech... Myśl Stella, myśl... Jakie może mieć hasło?
Najpierw wpisałam swoje imię, ale nic... Później wystukałam kilka innych słów jakie przyszły mi do głowy i nic!
- Louisku - powiedziałam i podeszłam do drzwi - jakie masz hasło do telefonu? - spytałam grzecznie.
Chyba nie słyszał. Ale! Jak miał nie słyszeć? Przecież jest za drzwiami i na pewno słyszał, tylko nie chce powiedzieć. Po cichu przekręciłam zamek i pomału otworzyłam drzwi. Wysadziłam głowę i rozejrzałam się po pokoju. Nigdzie nie zauważyłam chłopaka więc postawiłam jedną nogę w pomieszczeniu. Jeszcze raz przeleciałam wzrokiem cały pokój i nie było go tu. Wyszłam z łazienki i zamknęłam drzwi. Chciałam wyjść z pokoju, ale w ostatniej chwili drzwi się przede mną zamknęły i wyskoczył zza nich Louis. Z przerażenia upadłam dupą na podłogę i upuściłam telefon, który nadal trzymałam w dłoni. Chłopak szybko do mnie doskoczył i pomógł mi wstać. Gdy stanęłam poczułam ból w kostce.
- Auć - zajęczałam i znów bym upadła gdyby nie silne ręce Louisa.
- Boże Stella co cię boli? Przepraszam nie chciałem żebyś się przewróciła. Przepraszam - zaczął trajkotać jak opętany.
- Przestań nie mogłeś przewidzieć, że upadnę. Nic się nie stało - powiedziałam i z jego pomocą usiadłam na sofie. Szatyn szybko złapał moją nogę w swoją dłoń i położył sobie na kolanie. Podwinął moje wczorajsze spodnie, których nie zdążyłam zdjąć wczoraj i zdjął skarpetkę. Zasyczałam z bólu gdy dotkną mojej skóry.
- Stella przecież to moja wina! Mogłem pomyśleć. Ta noga ci puchnie, Stella! - krzyknął i pacnął się dłonią w czoło. Zaśmiałam się, ale zaraz tego pożałowałam, bo zaczęło mnie boleć jeszcze bardziej. Spojrzałam na nią i się skrzywiłam. Zaczynała robić się tam wielka fioletowa plama. Czemu ja jestem taką niezdarą? Co ja takiego zrobiłam, że mam takiego pecha w życiu?
- Spokojnie, nie ma co panikować - powiedziałam, ale niestety sama w to nie wierzyłam.
- Nie ma co panikować?! Ty się słyszysz? Masz spuchniętą nogę i nie ma co panikować? Weź nie rób sobie jaj i się przebieraj! Jedziemy do szpitala - znów zaczął krzyczeć.
- Nie mogę wstać
- A no tak. Już wybieram ci jakieś ciuchy i jedziemy - powiedział i podszedł do szafki z ciuchami.
Otworzył ją szeroko i zaczął rozglądać się po półkach. W swoje ręce chwycił jakieś ubrania i poszedł z nimi do łazienki. Siedziałam spokojnie i czekałam na chłopaka. Po chwili zjawił się przy mnie i pomógł mi pójść do pomieszczenia, w którym był przed chwilą. Posadził mnie na wannie i ustał z rękami na biodrach.
- Na co czekasz? - zapytałam i podniosłam brwi wysoko.
- Dasz radę sama czy mam ci pomóc?
- Poradzę sobie, jak będę potrzebowała pomocy to cię zawołam - powiedziałam i poczekałam aż chłopak wyjdzie. Gdy już to zrobił spojrzałam na ciuchy, które mi wybrał. Była to fioletowa koszulka w paski i dżinsy. Zdjęłam swoje ubrania i założyłam następne. Chciałam wziąć jeszcze prysznic, ale nie dam rady. Zrobię to gdy wrócę. W podskokach podeszłam do umywalki gdzie umyłam twarz i umalowałam rzęsy.
- Louis! - krzyknęłam.
- Idę - odpowiedział i wszedł do łazienki. Podszedł do mnie i złapał pod ramię. Wyprowadził mnie z łazienki i ruszył w stronę drzwi.
- Stój - powiedziałam i się zatrzymałam - cofnij się, muszę wziąć bransoletkę i kolczyki i muszę się przejrzeć w lusterku - powiedziałam. Louis się cofnął i poprowadził mnie do szafki. Chwyciłam z niej fioletowe kolczyki w kształcie zamków i fioletową bransoletkę. Przejrzałam się w lustrze i zobaczyłam cały mój strój. [link]. Nie jest najgorzej. Na swoje nogi wsunęłam fioletowe balerinki i zeszłam z pomocą Louisa na dół. W salonie przed telewizorem siedział Verne i moja matka. Nie patrząc na nich skierowaliśmy się do wyjścia. Niestety...jak zwykle...ktoś musiał mi przeszkodzić. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu i znaczące chrząknięcie. Odwróciłam się i zobaczyłam moją matkę.
- Czemu nie ma cię w szkole? - zapytała, ale zignorowałam jej pytanie i otworzyłam drzwi. Chwila! Przecież nie zamknęłam drzwi od pokoju, a teraz nie jestem w stanie żeby iść i to zrobić.
- Louis mam prośbę, bo zapomniałam zamknąć drzwi od pokoju, zrobisz to? - powiedziałam po cichu w jego stronę. Chłopak pokiwał głową i ruszył na górę. - Ale czekaj, kluczyk jest w szufladzie w biurku. - powiedziałam i oparłam się o szafkę w korytarzu. Louis poszedł na górę, a ja stałam i patrzyłam na moją matkę z pogardą.
- Co ja ci takiego zrobiłam, że mnie tak traktujesz? - zapytała, a ja roześmiałam się jej w twarz. Ona ma czelność zadać mi takie pytanie? To ja powinnam się o to jej zapytać, a nie...
- Słuchaj - zaczęłam i zobaczyłam szatyna schodzącego po schodach - nie chce mi się z tobą rozmawiać. Do szkoły nie poszłam, ale to nie twój interes, a teraz wybacz, ale jadę do szpitala. - dokończyłam i z pomocą Louisa chciałam wyjść, ale jakaś ręka zamknęła mi drzwi przed nosem. Kto był tym kimś? Mój ''tatuś''.
- Czemu jedziesz do szpitala? - zapytał. O teraz będzie udawał zatroskanego ojca? Śmieszne i żałosne.
- Bo na pewno ci na to odpowiem - powiedziałam i z trudem otworzyłam drzwi.
- Masz mi powiedzieć, jestem twoim ojcem i się o ciebie martwię
- Ty się o mnie martwisz? Weź mnie nie rozśmieszaj i nie wkurwiaj z samego rana, bo to się dobrze nie skończy - wysyczałam i wyszłam z Louisem z domu. Zeszłam po schodkach i kierowaliśmy się w stronę furtki aby wyjść, ale nie!
- Słuchaj mała gówniaro - zaczął a mi się już nie chciało słuchać - jak wrócisz to mam sobie z tobą do porozmawiania, rozumiesz? - dokończył, a mnie zaciekawiło o czym chce ze mną rozmawiać. Znowu mi zajebie w twarz? Jego nie doczekanie jeśli to zrobi.
- Dobra, a teraz puść mnie, bo się śpieszę
Wyszłam z Louisem z podwórka i podeszliśmy kawałek, aby złapać taksówkę. Wsiadając do niej szatyn podał adres szpitala, a mężczyzna ruszył. Jechaliśmy w ciszy, a ja zastanawiałam się cały czas o czym mam porozmawiać z ojczymem. Czego on może chcieć ode mnie? A jak mnie zgwałci?
Boże Stella ogarnij się, na pewno nie jest taki głupi. Ale wolę mieć się na baczności. Nawet nie zauważyłam kiedy, a już wysiadałam z pojazdu. Louis zapłacił taksówkarzowi i szliśmy w stronę szpitala.
- Louis, ja już nie dam rady iść, za bardzo mnie boli - wyjęczałam i usiadłam dupą na ziemi. Naprawdę noga mnie tak boli, że nie mogę się ruszyć. A co jeśli ona jest skręcona? Nie będę mogła tańczyć...
A przecież w czerwcu mam turniej! Muszę na nim być i zatańczyć, muszę.
- Chodź, zaniosę cię - chłopak się uśmiechnął i wziął mnie na ręce.
Nie sprzeciwiałam się, bo wiem, że i tak bym nie wygrała, a po za tym i tak nie mogę iść sama, więc...
Doszliśmy do szpitala...znaczy ja zostałam doniesiona i od razu skierowaliśmy się do recepcji.
- Przepraszam, ale gdzie mamy się udać? Dziewczyna upadła i boli ją noga - powiedział Louis do bardzo młodej i seksownej recepcjonistki. Ta tylko się uśmiechnęła i puściła do niego oczko. Ej! On jest mój!
Zaczęła szukać czegoś w komputerze cały czas pukając czerwonymi paznokciami ręki.
- Drugie piętro, na końcu korytarza, sala 206, przyjmie cię dr. Hill - powiedziała i znów się uśmiechnęła. Ale mam ochotę zedrzeć jej ten uśmieszek z twarzy. Louis pokiwał głową i nawet nie zwracając uwagi na jej zaloty poszedł ze mną na rękach do windy, którą wjechaliśmy na drugie piętro. Postawił mnie na ziemi i z jego pomocą szłam w stronę sali 206. Ale czekajcie, czy ta recepcjonistka powiedziała, że przyjmie mnie dr. Hill? Przecież ja się tak nazywam! Ale to przecież tylko zwykły przypadek, bo jest dużo osób o takim nazwisku, prawda?
- Wejdziesz sama czy mam iść z tobą?
- Wejdź ze mną, sama się boję. Co jeśli ten lekarz to jakiś zboczeniec i będzie chciał mi coś zrobić? - zasugerowałam zdenerwowana, a szatyn się roześmiał. Ja tu mówię całkiem poważnie, a on się nabija! Co za człowiek...Uderzyłam go w ramię i sama się zaśmiałam. Z sali 206 wyszła jakaś kobieta i stanął w nich lekarz. Bardzo przystojny lekarz. Rozejrzał się po korytarzu i jego wzrok spoczął na mnie.
- Pani do mnie? - spytał wysokim głosem. To na pewno nie jest moja rodzina. Ja jestem taka brzydka zakompleksiona, a on? On jest taki przystojny. Ciekawe czy ma syna? Chwila Stella... Masz chłopaka.
- Tak panie doktorze. - uśmiechnęłam się do niego, a on to odwzajemnił.
- To zapraszam - wskazał ręką gabinet i poczekał aż wejdę razem z Louisem po czym sam wszedł i zamknął drzwi. Poczułam zapach charakterystyczny dla szpitali. Lekarz wskazał dłonią abym usiadła na fotel. Uczyniłam to a zaraz za mną Louis.
- To co się stało? - doktor usiadł na swoim krzesełku przy biurku i założył ręce na piersi.
- No bo proszę pana, rano wstałam i dostałam sms-a więc go odczytałam, przyszła moja siostra i mnie wkurzyła, ale sobie poszła i on - wskazałam na Louisa - przeglądał coś w telefonie i jak podeszłam to zobaczyłam, że to moje zdjęcie jak spałam i chciałam zabrać mu telefon, ale mi się nie udało i on go zablokował i położył, a mnie zaczął gilgotać i jak mu się wyrwałam to zabrałam jego telefon i pobiegłam do łazienki, w której się zamknęłam i chciałam usunąć to zdjęcie, ale on ma hasło więc wyszłam, żeby go poszukać i żeby usunął to zdjęcie i on schował się za drzwiami i jak tam stałam to wyskoczył zza nich i mnie wystraszył i upadłam i upuściłam telefon i nie mogłam wstać i potem mama mnie zdenerwowała i ojczym mnie wkurwił i przyjechaliśmy tutaj - powiedziałam na jednym wdechu, a doktor siedział z szeroko otwartymi oczami. Louis tak samo. Ale co ja zrobiłam? Opowiedziałam po prostu całą historię.
- Panie doktorze, przepraszam za nią, trochę się rozgadała. Stella wystarczyło powiedzieć, że upadłaś - powiedział Louis i pacnął się z otwartej dłoni w czoło. Upsik. Po prostu opowiedziałam mu jak wyglądał mój dzisiejszy dzień. Zaburczało mi w brzuchu i zdałam sobie sprawę, że od wczoraj nic nie jadłam.
- A i jeszcze jestem głodna, od wczoraj nic nie jadłam - dopowiedziałam, a mężczyzna się zaśmiał.
- No dobrze, to podasz mi swoje dane, ja uzupełnię i zbadamy twoją nogę, dobra? - uśmiechnął się i wyjął jakieś papiery z biurka. Kiwnęłam głową w geście zgodzenia się.
- No to podaj swoje imię i nazwisko, imiona rodziców i adres - powiedział i wziął w rękę długopis.
- Nazywam się Stella Hill - powiedziałam, a mężczyzna się na mnie spojrzał, ale ja kontynuowałam - moja mama ma na imię Betty - powiedziałam, ale lekarz mi przerwał.
- A masz tatę? - zapytał. To pytanie mnie zdziwiło. Właśnie i tak miałam mu to powiedzieć.
- No mam, ale nie wiem gdzie jest, bo zostawił moją mamę i mnie i moja mama teraz jest z takim kutasem - powiedziałam i zachciało mi się płakać. Jak dojdę do domu, muszę się dowiedzieć coś o moim biologicznym tacie.
- A jak nazywa się ojczym? - zapytał i miał strasznie dziwną minę.
- Verne i ma córkę Larrisę - powiedziałam i spojrzałam na Louisa, który oglądał plakaty na ścianach.
- A ty jesteś Stella, tak?
- Tak a coś się stało?
- A wiesz może jak nazywa się twój biologiczny tata? - zapytał z dziwnym przerażeniem.
- Ma na imię Ben, a czemu pan pyta? - spytałam, bo ja nie wiem czemu on tak się dopytuje.
- Podaj mi swój adres - powiedział, a ja się zawahałam. A co jak to jakiś pieprzony zboczeniec?
- Green Street 69 GY
- Boże - powiedział i przetarł twarz dłońmi. O co mu chodzi?
- Proszę mi powiedzieć o co panu chodzi - krzyknęłam zdenerwowana
- Powiedz mi kiedy twój tata was zostawił - powiedział. A ja? Ja zaczęłam się bać.
- Yyy po co to panu? Ale jakoś jak miałam około 10 lat a o co panu chodzi? - powiedziałam, bo jestem typem człowieka co się złości, ale mówię zawsze wszystko nawet jeśli nie ma tej potrzeby.
- Stella! - krzyknął i wstał z siedzenia. Co ja powinnam zrobić? No cóż. Siedziałam dalej i patrzyłam na niego ze zdziwieniem.
- Tak? - spytałam i podniosłam wysoko brwi.
- Stella kochanie - krzyknął i rzucił się na mnie. Mocno mnie do siebie przytulił, ale uważał na moją nogę. O co mu chodzi? Czemu nazwał mnie kochaniem? Ale czekajcie... Zbierając wszystko w kupę...
Pojawiły mi się w oczach łzy. To nie może być prawda...
- Tata?






No hejka! Mam tu dla was rozdział 5. Miał być jutro, albo w niedzielę, ale z racji, że troszkę zachorowałam i siedziałam w domu to napisałam. Przepraszam za błędy. 
Wyłączyłam weryfikację obrazkową i włączyłam możliwość anonimowych komentarzy więc mam nadzieję, że będziecie komentować. Może dacie radę 3/4 komentarze? 
Kolejny pojawi się prawdopodobnie 16 lub 18 marca. Tak szybko, ale po prostu mam wenę i chcę go napisać. :)
Ten jest taki nijaki i wgl, ale kolejny będzie ciekawsze, obiecuję.
Co jeszcze...Zaglądajcie co jakiś czas do zakładki bohaterowie, bo będę ją aktualizowała. 
A mam takie pytanie do was. W ogóle podoba wam się to jak piszę i to wszystko? 
Komentujcie i

niedziela, 9 marca 2014

Rozdział 4 ,,Zostaniesz babcią...''

      Weszłam i zastałam tam Louisa przy mojej szafce trzymającego moją... bieliznę, a dokładniej stanik i tańczącego do wyśpiewywanej piosenki. Zaśmiałam się widząc jak przykłada go sobie do piersi. Na początku chyba mnie nie zauważył, bo tańczył i śpiewał dalej. Oparłam się o framugę drzwi i się mu przyglądałam. Jejku, jaki on ma pięknu głos. Mogłabym go słuchać godzinami i mi się nie znudzi. Gdy tak stałam usłyszałam jak ktoś wchodzi po schodach. Odwróciłam się i zauważyłam....moją mamę, za którą szedł...Logan? Czy ja na pewno dobrze widzę? Co on tu do chuja robi?
     Z racji, że nadal stałam w progu, a drzwi otwarte, chłopak mnie zauważył. Na twarzy pojawił mu się łobuzerski uśmiech. Co kurwa? Przeskoczyłam z nogi na nogę i niestety nie złapałam równowagi przez co runęłam na podłogę zwracając tym samym uwagę Louisa. Spojrzał na mnie i się roześmiał. Rzucił stanik na łóżko i podszedł do mnie.
- Podglądałaś? - spytał wyraźnie rozbawiony. Co go tak bawi? Ach...
- Nie - powiedziałam i sama się zaśmiałam.
- Oj kłamczuszko! Będzie kara - krzyknął i usiadł na mnie, następnie zaczął mnie gilgotać. Kurde... Ja mam łaskotki! Ratunku. Zaczęłam się śmiać jak opętana.
- Oj... Prze-przepraszam. Wię-więcej nie będ-będę - zaczęłam się jąkać przez śmiech.
- Na pewno? - przestał na chwilę i uniósł wysoko brwi. Słodka minka, jak i jej właściciel.
- Tak - powiedziałam i się uśmiechnęłam. Louis zniżył się i był tylko 10 cm od mojej twarzy, kiedy nagle usłyszałam chrząknięcie ze strony drzwi. Fuknęłam, ponieważ ktoś przerwał mi tak uroczy moment. Louis zmieszany zszedł ze mnie i usiadł obok na podłodze. Sama podniosłam się tak, że już nie leżałam, a podpierałam się dłońmi z tyłu. W progu mojego pokoju stałam moja mamusia i jej mężulek. Spojrzałam na nich złowrogo. Jeszcze mają czelność mi przerywać?! No kurwa! Mam ich po dziurki w nosie. Ale... nigdzie nie widziałam Logana... Może sobie poszedł? Oby tak...
- Co tu się dzieje? - spytała moja mama.
- A co ma się dziać? Nie mogę już sobie poleżeć na podłodze? - spytałam i starał się opanować moją złość. Spojrzałam na Louisa, który się trochę zaczerwienił. Ale to było słodkie!
- Możesz, ale czemu on leżał na tobie? - odpowiedziała i weszła do mojego pokoju razem z tym kutasem.
- Bo może lubi? Nie twój interes kurwa! Nie wtrącaj się w to co robię, bo to powinno być dla ciebie mało ważne. Lepiej idź sprawdź czy Larrisa się z kimś nie rucha... - powiedziałam i wstałam z podłogi. Kątem oka spojrzałam na chłopaka, który nadal siedział i patrzył cały czas na moje ruchy. Jakby bał się, że zaraz się rzucę na tą dwójkę. Chociaż...to nie taki zły pomysł...
- Jak ty się odzywasz? - krzyknął mój ojczym, ten frajer.
- Jak chcę, wyjdźcie z mojego pokoju, teraz - wysyczałam w ich stronę i podeszłam do drzwi. Wskazałam ręką na korytarz.
- Słuchaj dziecko - zaczął mężczyzna - albo zwracasz się do nas z szacunkiem albo...
- Albo co? Znowu mnie uderzysz? A może znowu zrobisz coś jemu? - zapytałam i pokazałam dłonią na Louisa - Spróbuj wyciągnąć te swoje brudne łapska do mnie lub do niego, a obiecuję ci, że będziesz cierpieć ty, nie ja - powiedziałam. Ja już mam plan... Jeśli teraz mnie dotknie lub kiedykolwiek to... Będzie źle...
- Weź przestań zachowywać się jak smarkula i przyjmij, że nikt cię nie kocha i tyle - powiedział i zacisnął pięści. No dzięki. Ja wiem, że mnie nikt nie kocha, bo dzisiaj mi to pokazaliście.
- Jak to jej nikt nie kocha? Może i w rodzinie nie ma wsparcia ani miłości, ale ma przyjaciół, którzy ją kochają i zrobią dla niej wszystko i ma mnie - chciałam się odezwać, ale przemówił za mnie Louis, który stanął na przeciwko mojego ojczyma. Ale chwila...co on właśnie powiedział? Boże on jest taki kochany...
- Zamknij się gówniarzu, wy nie wiecie co to miłość - powiedział mężczyzna - ma przyjaciół? Ha ha te coś tutaj ma przyjaciół? Ale zabawne
- Kurwa! Słuchaj jebany kutasie! Ja w przeciwieństwie do ciebie i twojej córki jestem normalna! - krzyknęłam, bo znów zaczynam się wkurwiać.
- Stella, spokojnie, uspokój się - podszedł do mnie Louis i przytulił. Jego głos mnie trochę ukoił.
- Ty mała szmato! - krzyknął i podszedł do mnie. Wiecie co jest najgorsze? Że moja matka stoi za nim i tylko się patrzy z uśmiechem. Co ja jej kurwa zrobiłam, że tak mnie teraz traktuje? Przecież to moja mama...
Gdzie się podziała ta, która się mną opiekowała i byłam dla niej najważniejsza? Nie wiem...ale wiem jedno. Muszę odnaleźć mojego biologicznego tatę. Bo ten tutaj nim na pewno nie jest.
- Szmatą to możesz nazywać swoją córkę jak chcesz, żeby ci coś posprzątała,a nie mnie! A teraz albo wyjdziecie z pokoju albo... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Albo co? Wezwiesz policję? - krzyknął.
- Tak kurwa! Wezwę policję, bo mam cię już dość!
- Zabiję cię, słyszysz? Zabiję - wysyczał w moją stronę i wyszedł, a za nim moja matka. Chwila...Co się właśnie tutaj stało? Nie ogarniam. Cały czas stałam w objęciach Louisa. Dziwne, że tak łatwo mnie uspokaja.
Ale ja bym chciała się wyprowadzić z tego domu...Niestety nie mogę... Nie dam rady się sama utrzymać...
- Stella jak się czujesz? - spytał szeptem Lou.
- Mogłoby być lepiej - odpowiedziałam i się w niego wtuliłam. Potrzebuję wsparcia, a on i Deli mi je dają.
- Chodź usiądziemy i pogadamy - powiedział i poprowadził mnie na łózko. Usiadłam po turecku i czekałam na to co zrobi chłopak. Szatyn zrobił to samo co ja tylko oparł się o ścianę. Możemy pogadać.
- O czym chciałbyś rozmawiać? - spytałam i poczułam się strasznie zmęczona. Dzisiejszy dzień był strasznie męczący. Na dworze już było ciemno. Spojrzałam na budzik stojący na szafce. Już 20:15.
- O wszystkim, tak po prostu szczerze - powiedział i wzruszył ramionami.
- Aha, to może pytamy się nawzajem i odpowiadamy, ale szczerze?
- Dobry pomysł, zaczynaj.
- No to...yyy...masz dziewczynę? - spytałam pierwsze co przyszło mi na myśl. Nigdy nie widziałam go z żadną, ale to nie znaczy, że jej nie ma, bo przecież może się z nią spotykać po szkole czy coś.
- Nie mam, ale jest pewna dziewczyna, która już od dawna zajmuje moje myśli - powiedział a mnie coś ukłuło. Czemu? Może dlatego, że zaczynam coś do niego czuć.
- Aha - tylko tyle odpowiedziałam.
- A ty masz chłopaka? - zapytał.
- Zerwał ze mną ostatnio, nie słyszałeś?
- Aaa już wiem, to ten David?
- Tak to on...
- Aha a mam pytanie, jest ktoś teraz kto ci się podoba, albo coś? - spytał z błyskiem w oku.
- Tak, jest pewien chłopak, ale on jest już zakochany - powiedziałam i miałam ochotę się znów rozpłakać.
- Oj współczuję - powiedział i mnie przytulił. Człowieku po co to robisz? Przez to tylko mam głupie myśli...
- Oj tam. Dobra nie było tematu... Co więcej powiesz o sobie? - powiedziałam, ponieważ nie bardzo mam ochotę się dołować jeszcze bardziej.
- Powiedz mi jak nazywa się chłopak, do którego coś czujesz - powiedział, a mnie zamurowało. Co mam mu powiedzieć? 'Wiesz mówiłam o tobie, ale ty jesteś zakochany'? Przecież to żałosne...
- Emm...ty pierwszy powiedz jaka dziewczyna podoba się tobie - powiedziałam pierwsze co mi przyszło na myśl. Jak coś powie, to ja też coś powiem i git.
- Ale będziesz się śmiać - powiedział
- Nie będę, przysięgam
- Znasz ją i to bardzo dobrze - powiedział, a ja już wiedziałam, że podoba mu się... Madi!
- Nie wierzę! - zakryłam dłonią usta, aby nie wydać pisku - podoba ci się Madi! - krzyknęłam.
- Tak, nie, co? Czekaj... - pogubił się sam. - Madi?
- No tak, Madi
- Nie podoba mi się ona! O tobie mówiłem głuptasie! - powiedział i się zaśmiał, a mnie? Mnie zamurowało. Jak to mu się podobam?
- Ale, że ja? - spytałam głupio, bo nie mogłam w to uwierzyć.
- Tak, ty - odpowiedział i się zarumienił. Jejku nie wierzę w to! To przecież nie możliwe! Ale jednak...
- Ty robisz sobie żarty - powiedziałam i zaczęłam się nerwowo bawić palcami.
- Ja? Chyba nie... Stella zrozum... Ja na prawdę jestem w tobie zakochany...
- Od kiedy? - spytałam nawet na niego nie patrząc.
- Od kiedy cię tylko zobaczyłem, na początku wydawało mi się to śmieszne i nic z tym nie robiłem, ale jakiś rok temu zdałem sobie sprawę, że na prawdę się w tobie zakochałem i też nic z tym nie zrobiłem..I wiem też, że to nie jest tylko zauroczenie. Dopiero teraz nadarzyła się okazja i ci to powiedziałem, ale rozumiem, że ty do mnie nic nie czujesz więc zapomnijmy o tym wszystkim co powiedziałem i zostańmy przyjaciółmi - powiedział i z jego oka wypłynęła jedna, samotna łza. Boże...On płacze przeze mnie. Na czworakach do niego podeszłam i mocno przytuliłam. Przez chwilę nikt nic nie mówił, a ja zastanawiałam się co mam powiedzieć. Przecież...Chwila. Od kiedy on mi się podoba? Już od jakiegoś czasu gdy go widzę mam palpitację serca i mnóstwo motylków w brzuchu. Ale czy ja go kocham? Tak...To chyba dobre określenie..
- Lou, spójrz na mnie - powiedziałam gdy odsunęłam się od niego na długość ramion. Podniósł głowę i spojrzał w moje oczy. Jakie on ma piękne oczy... - A teraz posłuchaj co ci powiem - powiedziałam i nagle coś nam przerwało...a raczej ktoś. A tym kimś okazała się...moja matka. Weszła do pokoju i się po nim rozejrzała.
- Wydaje mi się, że kolega powinien już pójść - powiedziała i ustała na środku pokoju z założonymi rękoma.
- Wydaje mi się, że powinnaś stąd wyjść - powiedziałam nawet na nią nie patrząc. Cały czas mój wzroku utkwiony był w chłopaku przede mną.
- Jak ty się zwracasz do matki? Co ja ci zrobiłam? - powiedziała, ale nie krzyczała. Jeszcze nie...
- Zwracam się jak mi się podoba. A mam wymienić długą listę rzeczy które mi zrobiłaś?
- Podaj przykład - powiedziała i spojrzała z wyższością. Co ten facet z tobą zrobił?
- Okej, no to tak. Wyszłaś za tego frajera - powiedziałam i chciałam kończyć, ale ona machnęła tylko ręką.
- Weź Stella, zachowuj się doroślej. Ten mężczyzna to najlepsze co mnie w życiu spotkało. - powiedziała, a ja aż się zachłysnęłam powietrzem. Ten facet co? - I muszę ci powiedzieć, że będziesz miała młodsze rodzeństwo - dokończyła i złapała się z płaski brzuch. Chwila...Stop...Czy ona właśnie mi powiedziała, że jest w ciąży?
- Ty chyba naprawdę straciłaś rozum! A ty wiesz co? Nie chciałam ci mówić, ale zostaniesz babcią - powiedziałam, oczywiście skłamałam, bo nie jestem w ciąży i tak jak ona złapałam się za brzuch. Spojrzałam kątem oka na Louisa, który na twarzy miał wymalowany smutek.
- Co? Ale jak to? Z kim ty? - zaczęła mi zadawać pytania. Ha! Mam cię... Ale nie powiem jej, że to żart.
- Tak to, a z kim to nie wiem. To już 4 tydzień - powiedziałam i próbowałam się nie roześmiać - I wiesz... Mogliście zrobić coś dziecku - dokończyłam.
- Nie wiesz z kim masz dziecko?! Nie tak cię wychowałam! - krzyknęła i wyciągnęła rękę, aby mnie uderzyć, ale Louis ją złapał.
- Proszę się uspokoić i wyjść stąd - powiedział do mojej matki.
- Ty smarkaczu! To pewnie ty jej dzieciaka zrobiłeś! Zobaczysz! Będziesz płacił wysokie alimenty - powiedziała i wyszła z pokoju. Jak zwykle ona tylko o pieniądzach...
- Stella... Czemu mi nie powiedziałaś? - spytał Louis, gdy tylko zostaliśmy sami w pokoju.
- Lou... Ty na prawdę nie rozumiesz? Ja nie jestem w ciąży... Powiedziałam to tylko aby ją zdenerwować...
- Serio?
- Tak, a i chyba muszę coś dokończyć - powiedziałam i się do niego przysunęłam. - Nie jestem w ciąży, a chłopak, który zawładnął moim sercem ma na imię Louis, nie wiem czy znasz? - dokończyłam...
- Ten Louis? Ten typ z pierwszej klasy? - powiedział i posmutniał. On jest serio taki łupi czy tylko udaje?
- Nie ten, a tam w ogóle jest jakiś Louis? - spytałam, a szatyn pokiwał głową. - A przypomnij mi jak masz na imię, bo chyba zapomniałam...
- Ja...Serio? - zaczął i nagle jakby go olśniło - Serio o mnie mówisz?
- Tak Lou, serio - powiedziałam i przysunęłam się do niego jeszcze bardziej. Złapałam dłońmi jego policzki i spojrzałam w jego oczy. Widziałam w nich miłość i pożądanie. Swój wzrok skierowałam na jego kuszące, malinowe usta. Chłopak zrobił to samo i w tym samym momencie zbliżyliśmy się tak, że stykaliśmy się nosami. Zaśmiałam się widząc minę chłopaka. - Zostaniesz ze mną? - zapytałam.
- Oczywiście - powiedział i naparł swoimi wargami na moje. Boże! Jak on cudownie całuje! Jaram się!!
Z niechęcią oderwałam się od szatyna i mocno do niego przytuliłam. - A pójdziesz jutro do szkoły? - tym razem to on zadał mi pytanie.
- Jeśli będę się dobrze czuła to tak a ty?
- Jeśli ty pójdziesz to ja z tobą jeśli zostaniesz to ja też z tobą - powiedział i położył się na moim łóżku.
Położyłam się obok niego i mocno wtuliłam.

- Dobranoc skarbie - powiedział i pocałował mnie w czoło. Jejku.
- Dobranoc - odpowiedziałam i zamknęłam oczy.

           ***następny dzień, 7:10***
Obudziłam się, ale nie było obok mnie Louisa. Czyżby to był tylko piękny sen? Jeśli tak to bardzo realistyczny. Spojrzałam na zegarek. O już 7:10. Ale nie pójdę dzisiaj do szkoły, bo strasznie boli mnie głowa. Usiadłam na łóżku i się przeciągnęłam. Nagle z łazienki wyszedł...Louis. Czyli to nie był sen...
- Ooo już wstałaś śpiochu - powiedział i podszedł do mnie. Patrzyłam na niego wielkimi oczami. Zaśmiał się widząc moją minę i pocałował mnie w nos. Rzuciłam w niego poduszką, a on oddał mi tym samym. Położył się na łóżku, a ja wstałam. Uderzył mnie poduszką w nogi, a ja go w brzuch. Zaczęliśmy się śmiać. Pióra z poduszki były wszędzie. Po kolejnym jego uderzeniu upadłam na niego i zaczęłam się śmiać. Całkiem zapomniałam o wczorajszym dniu i o tym co się stało. Przy nim czuję się wspaniale.Złapał mnie za biodra i posadził obok. Sam usiadł i się na mnie popatrzył.
- Stella, bo ja mam do ciebie pytanie...
- Jakie? - powiedziałam i cały czas się uśmiechałam. Zauważyłam, że chłopak jest strasznie poważny, więc też przestałam się uśmiechać.
- No bo...czychciałabyśzostaćmojądziewczyną? - powiedział szybko i nieskładnie przez co nic nie zrozumiałam.
- Co? Powiedz normalnie bo nie rozumiem...
- Czy...chciałabyś zostać moją dziewczyną?
- Ja...oczywiście, że tak - powiedziałam i się uśmiechnęłam. Oczywiście, że tego chcę...
Już miałam go pocałować kiedy do mojego pokoju weszła Larrisa. Kurwa! Czy oni nie mogą mi dać spokoju? Ja chcę tylko przeżyć normalnie jeden dzień, ale nie!
- Mama kazała przekazać, że masz iść do szkoły - powiedziała swoim piskliwym głosikiem, aż mi się żygać zachciało.
- Przekaż jej, że moja szkoła jest zamknięta - powiedziałam pierwsze co mi przyszło do głowy.
- Okej, ale czemu? - serio jesteś aż tak głupia i w to uwierzyłaś? No nic...
- Nie twój interes szmato, a teraz wypierdalaj, bo mi w czymś przeszkodziłaś - wskazałam dłonią drzwi, po czym wstałam i podeszłam do biurka. Chwyciłam w dłonie telefon i zobaczyłam, że mam 3 wiadomości od Madi. Otworzyłam jedną z nich, którą dostałam wczoraj wieczorem.
 ''Śpisz już? Louis jest z tobą?''
Uśmiechnęłam się widząc kolejną..
''Rozmawiałaś z Louisem? Powiedział ci co do ciebie czuje?
 Jesteście razem? Stella! Odpisz w końcu''
Czyli ona wiedziała o tym! Spojrzałam na miejsce w którym stała moja 'siostra', ale teraz jej tam nie było. Poszła sobie? Bardzo dobrze... Mój wzrok przeszedł na Louisa, który...




No więc to jest 4 rozdział. Przepraszam, że jest krótki i wgl ale nie dam rady więcej napisać. A dodaję teraz ponieważ w tygodniu będę zajęta i nie dam rady... 
Proszę komentujcie... Piszcie co wam się podoba a co nie... Co powinnam poprawić, a ja to zrobię...
Obiecuję, że kolejny będzie dłuższy i o wiele lepszy. Rozdział 5 pojawi się w okolicach 15 marca...
Przypominam o asku bohaterów na który serdecznie zapraszam... ---> ask.fm/LouiHazz
Jak myślicie co robił Louis?? <3
Do następnego :**

czwartek, 6 marca 2014

Rozdział 3 ,,Louis leży na podłodze...''

         Weszłam i zamarłam. Na krześle siedział...a raczej siedzieli...Louis i Harry, a obok stała Madi. Moja mama robiła coś przy kuchence. Ale...co oni tu robią? Przecież ja miałam iść na imprezę, a oni mieli nic nie wiedzieć. Dlaczego tu przyszli? Gdzie jest Zayn? Przecież oni nigdy do mnie nie przychodzą. No Madi przychodzi, ale z nią się przyjaźnię. A z tymi tutaj? Jedynie kumpluję. Chociaż, pamiętacie jak wspominałam podczas 'spotkania' z Niallem, że jest pewien chłopak, który mi się podoba? Wiecie o kim mówiłam? O Louisie. Tak podoba mi się i w ogóle, ale nie jestem w nim zakochana, co to, to nie... A po za tym nikt o tym nie wie, i lepiej, żeby tak zostało. Może i chodziłam z Davidem, ale tak dokładnie to sama nie wiem czemu, w końcu go nawet nie kochałam.Wiem, to było tylko zauroczenie. Teraz się nawet cieszę, że ze mną zerwał.
Popatrzyłam się na wszystkich, a wszyscy na mnie. Dziwne...
- Co wy tu robicie? - spytałam i wskazałam ręką, aby skierowali się za mną do mojego pokoju. Madi i chłopaki poszli za mną po schodach wprost do mojego królestwa. W ręku niosłam reklamówkę z zakupionymi ciuchami, a na ramieniu torbę z książkami. Szłam powoli po schodach kiedy nagle przede mną zobaczyłam niebieskie szpilki. No kurwa! Czy ta szmata zawsze musi się wtrącać wszędzie? No mam jej już dość. Niech ona spierdala, jak najdalej ode mnie. Zatrzymałam się przy samej górze a moi przyjaciele (bo chyba mogę ich tak nazywać) ustali zaraz za mną. Podniosłam głowę i zacisnęłam pięści.
- Czego kurwa? - warknęłam do niej, a ta nagle podskoczyła ze strachu. Och serio? Musisz udawać przed moimi znajomymi biedną myszkę? Serio?
- Gdzie dzisiaj idziemy? Chyba mama do ciebie dzwoniła i przekazała, że masz mnie gdzieś zabrać. - powiedziała przesłodzonym głosem. Ale ja jej nie cierpię!
- W dupę. Nigdzie się z tobą nie pokażę szmato, nie kumasz tego? Mam w dupie co mi mama kazała, mam już 19 lat i mogę robić co chcę i nie muszę się jej słuchać. A ty nie masz pięciu latek, że nie możesz nigdzie sama iść i mnie nie wkurwiaj, bo to się dla ciebie dobrze nie skończy - powiedziałam i chciałam ją ominąć i iść do siebie, ale nie! Ta szmata podstawiła mi swoją nogę przez co wylądowałam na ziemi. Już drugi raz tego dnia! Mam dość..
- Jesteś pewna, że nigdzie nie pójdziemy? - spytała i ustała nade mną. Z racji, że aktualnie teraz siedzę dupą na ziemi to może patrzeć na mnie z góry, ale nie... Ona myśli, że jak podstawi mi nogę to będę się jej bać? Jej nie doczekanie... Zauważyłam, że na dole stoi mama z założonymi rękami i patrzy na mnie.
- Słuchaj - powiedziałam po czym wstałam i stanęłam na przeciwko niej - mam gdzieś ciebie i twojego pierdolonego tatusia, nienawidzę was i mam was w dupie. Jeśli myślisz, że jak podstawiłaś mi nogę i się przewróciłam to się ciebie boję to się mylisz... Przeżyłam dzisiaj to samo i mam dość. Jak mnie jeszcze trochę po wkurwiasz to ci tak wyjebię, że nie będziesz się tak szczerzyła jak głupia. Nigdzie z tobą nie pójdę, rozumiesz? I nie ślin się tak na widok moich znajomych tylko znajdź sobie kogoś takiego jak ty, bo oni są normalni w przeciwieństwie do ciebie. A teraz zejdź mi z oczu, bo zaraz nie będzie tak wesoło. - powiedziałam w jej stronę spokojnym tonem. Na razie jestem spokojna, na razie. Oczywiście do czasu...
Zauważyłam, że szczerzy się jeszcze bardziej, ale nie do mnie, a za mnie. Ktoś za mną stoi? Ale kto?
Odwróciłam się do tyłu i zauważyłam mojego ''tatusia''. No fajnie, pewnie słyszał co mówiłam. I dobrze, nie zależy mi na nim, ani na jego opinii o mnie.
- Co ty sobie wyobrażasz? - krzyknął w moją stronę. Och, mam się z nim teraz kłócić? Teraz kiedy mam akurat znajomych w domu? Serio?
- A co ty sobie wyobrażasz? Że co? Wprowadziłeś się do tego domu z tą pizdą - krzyknęłam i pokazałam na Larrisę - i myślisz, że możecie wszystko? Może i moja matka jest na tyle głupia, żeby kochać takiego frajera jak ty, ale nie ja... Nigdy nie będę miała do ciebie ani do twojej córki szacunku. Jesteście najgorszymi ludźmi jakich kiedykolwiek mogłam poznać! - krzyknęłam w jego stronę i ruszyłam dalej korytarzem, aby dojść do mojego pokoju. - Louis, Madi, Harry chodźcie do mnie - powiedziałam w stronę przyjaciół.
Już miałam łapać za klamkę moich drzwi gdy poczułam szarpnięcie za rękę.
- Co znowu kurwa? - krzyknęłam jeszcze głośniej. Ten ktoś mnie odwrócił i nagle poczułam pieczenie na policzku. Oczy zaszły mi łzami, gdy zauważyłam, że spoliczkowała mnie własna matka. Nie pozwolę im wypłynąć, nie będę słaba.
- Jak ty tak możesz? To on na ciebie zarabia żebyś miała co jeść i żebyś miała się w co ubrać. To on daje nam dach nad głową i tobie daje siostrę, której nigdy nie miałaś - powiedziała do mnie. Widziałam jak moi przyjaciele mają szeroko otwarte oczy i rozdziawione buzie. Wiem to nie codzienny widok, zwłaszcza, że nigdy nie byli u mnie w domu i nie widzieli mojej rodziny, no oprócz Deli.
- Tak? Sama mogę na siebie zarabiać. Mam przyjaciół, którzy mi pomogą! On daje nam dach nad głową? Ha ha przecież to twój dom! Siostrę? Mam siostrę i zarazem przyjaciółkę, która stoi obok mnie - powiedziałam i wskazałam ręką na Madi. - ona jest dla mnie jak siostra, chociaż nic nas nie łączy. A ta tu? To zwykła dziwka, której nienawidzę i podziękuję za taką siostrę. I wiesz? Myślałam, że obstaniesz za córką, a nie za tym kutasem- ostatnie zdanie wykrzyczałam.
- Ej Stella może my pójdziemy i wpadniemy kiedy indziej? - powiedział Louis i już chciał odchodzić kiedy go zatrzymałam. Nigdzie nie idziecie.
- Tak lepiej będzie jak już pójdziecie - powiedziała moja mama, a ja się jeszcze bardziej zdenerwowałam.
- Nie, zaraz to się skończy i nie musicie nigdzie iść. - powiedziałam w stronę Madi i chłopaków - A ty się nie wtrącaj w moje życie, przyszli do mnie, nie do ciebie. - to wypowiedziałam w stronę matki.
        Spojrzałam na Larrisę, która stała za swoim ojcem i się szczerzyła. Bawi ją to! Śmieszy ją to, że moja matka ma mnie w dupie i obstaje za tym frajerem. Moja złość była na najwyższym stopniu. Nagle przede mną zamiast matki pojawił się pan Verne, tak mój ojczym. Nigdy nie nazwę go tatą, bo na to nie zasługuje. Jest zwykłym frajerem którego nigdy nie obdarzę szacunkiem. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym pogardy. O co mu do chuja chodzi?
- Jak ty się zwracasz do matki? Przeproś ją i mnie i moją córkę, natychmiast - rozkazał mi. Chyba nie myśli, że będę się go słuchać? Co to, to nie. To się nigdy nie wydarzy. Nie zamierzam nikogo przepraszać, a na pewno nie ich. Ja nic nie zrobiłam!
- Pojebało cię? Jakim prawem mi rozkazujesz? Kim ty w ogóle jesteś żeby mi rozkazywać?! Lecz się!! - krzyknęłam w jego stronę.
- Jestem twoim ojcem! Masz się słuchać i koniec - krzyknął i teraz to on mnie spoliczkował. Nie no kurwa, tego już za wiele. Kłócą się ze mną o chuj wie co, biją i jeszcze każą przepraszać! No oni są jakąś patologią. Kurwa!
- Jesteś moim ojcem? Chyba w snach... Mój ojciec jest gdzieś indziej na świecie i bardzo mu zazdroszczę, że nie widzi co wyprawia jego była ukochana. I wiesz słuchać to ja mogę muzyki, a nie ciebie. Wkurwiacie mnie wy wszyscy!! Ja was nie uderzyłam ani nic nie zrobiłam więc nie będę was przepraszać. A ty możesz mnie pocałować w dupę! Jesteś najgorszym człowiekiem jaki chodzi po tej ziemi. - powiedziałam w jego stronę i byłam o krok od rozpłakania się. No okej jestem twarda, pyskata i w ogóle, ale też mam uczucia jak każdy człowiek. No prawie każdy, bo trójka ludzi którzy stoją przede mną nie mają za grosz uczuć.
Zamknęłam oczy widząc, że znów ma zamiar mnie uderzyć, ale nic nie poczułam. Natomiast kiedy otworzyłam oczy zauważyłam, że Louis leży na podłodze. Boże...
Szybko się do niego schyliłam i sprawdziłam co mu jest. Oddycha, a to najważniejsze. Zauważyłam, że z jego wargi płynie krew.
- Harry proszę weź go i połóż u mnie na łóżku, zaraz do was przyjdę, Madi pokaż im co i jak - skierowałam słowa w stronę loczka i brunetki. Chłopak szybko podszedł do przyjaciela i wziął go na ręce. Madi otworzyła drzwi do mojego pokoju do którego weszli. Patrzyłam chwilę tam i widziałam zatroskany wzrok mojej przyjaciółki. Nic mi nie będzie, chyba. Albo w najgorszym wypadku zginę. Podeszłam do wysokiego mężczyzny, który stał i cieszył mordę. Jego nie doczekanie...
- Słuchaj, rozumiem, że uderzyłeś mnie i chciałeś zrobić to drugi raz, ale jeśli jemu coś się stało...ma złamany nos lub cokolwiek to wiedz, że nie ujdzie ci to na sucho tak samo jak to, że mnie uderzyłeś. Myślisz, że jesteś dorosły to możesz wszystko? Mylisz się. Nie jesteś moim ojcem i nie masz prawa wymierzać mi żadnych kar, rozumiesz? A swoją córeczkę to sobie w dupę wsadź. Przegiąłeś i nie masz prawa się w ogóle do mnie odzywać. - powiedziałam na jednym wdechu i czekałam co zrobi. Gdy tylko wspomniałam o Louisie uśmiech mu zbladł. Przestraszył się? I bardzo dobrze... Zauważyłam, że nic nie robi i chyba nie ma zamiaru więc skierowałam się w stronę mojego pokoju. Jednak szybko się cofnęłam i wbiegłam do łazienki, z której wzięłam apteczkę. Moja matka i 'ojciec' chyba odpuścili i zeszli na dół. Weszłam do mojego pokoju nie zwracając nawet uwagi na Larrisę. Louis leżał na fioletowej sofie i nadal chyba spał, znaczy zemdlał i dlatego ma zamknięte oczy, a Hazz siedział na fotelu naprzeciwko. Weszłam w głąb pokoju.
pokój Stelli
Madi krążyła po pokoju i chyba rozmyślała. Gdy zobaczyła, że jestem już z nimi od razu do mnie podbiegła i przytuliła. Wtuliłam się w nią jeszcze bardziej i nie chciałam puszczać. Potrzebuję wsparcia, a tylko w niej mogę je znaleźć. Jest moją jedyną przyjaciółką, rozumie mnie i nie zamieniłabym jej na nikogo innego. Gdy już się od niej odkleiłam podeszłam do Louisa i ukucnęłam.
- Jak go obudzić? - spytałam, ponieważ nie wiem jak obudzić kogoś kto zemdlał. Popatrzyłam na brunetkę, ale ta tylko wzruszyła ramionami. Swój wzroki skierowałam na Harrego, a ten się zamyślił.
- Wiem! Trzeba nim potrząchnąć a jak to nie zadziała to oblać go wodą - powiedział jakby go oświeciło.
- Pojebało cię? Nie można go oblać wodą, bo może być tylko gorzej, lepiej otwórz okno i poczekaj chwilę - powiedziała moja przyjaciółka w stronę bruneta i podeszła do mnie. Złapała Louisa za ramiona i lekko nim potrząsnęła. Patrzyłam tylko w jego zamknięte oczy. Cały czas trzymałam rękę szatyna. Proszę, oby nic mu nie było. Nie wybaczę sobie, bo to przeze mnie teraz leży. Poczułam uścisk na ręku. Spojrzałam w oczy szatyna, które były...otwarte. On żyje! Szybko rzuciłam mu się na szyję i mocno przytuliłam. Chłopak również mnie objął i trzymał w ramionach. Dzięki ci Boże, że on żyje!
- Już spokojnie Elli, nic mi nie jest - powiedział z uśmiechem Louis.
- Dlaczego to zrobiłeś? Przecież poradziłabym sobie sama - odpowiedziałam i puściłam go. Stanęłam na środku pokoju,a chłopak usiadł i podparł się na kolanach.
- Nie poradziłabyś tylko jeszcze bardziej pokłóciła i więcej dostała. Nie mogłem pozwolić, żeby cię bili.
- Ale za to ty oberwałeś! Czuję się winna, bo to przeze mnie. Po co w ogóle przyszliście? - powiedziałam i czułam, że w moich oczach zbierają się łzy.
- Bo chcieliśmy sprawdzić jak się masz i czy nie pójdziesz na tą cholerną dyskotekę! - krzyknęła Madi i stanęła na przeciwko mnie. Widziałam jak chłopcy potakują.
- Ale przez to sami widzicie co się stało! Nie chodzi o to, że dostałam bo to jestem w stanie znieść, ale o to, że Louisowi się coś stało! Gdybyście nie przyszli byłoby okej, ja poszłabym na imprezę i już! - krzyknęłam w ich stronę i upadłam na kolana. Wiem chcieli dobrze, ale to tak jakby przez nich się to stało. Pewnie i tak bym się pokłóciła z nimi, ale no... Chyba przesadziłam...
Teraz nawet nie mam odwagi spojrzeć w górę... Co oni o mnie pomyśleli? Boże jestem okropna... Powinnam zatrzymać swoje humorki dla siebie, a nie wyżywać się na nich.
Ten dzień mogę zaliczyć do jednego z najgorszych w moim życiu. Najpierw sytuacja z Niallem, potem spotkanie z Loganem, a teraz kłótnia z 'rodziną' i moje humorki.
- Poszłabyś na imprezę, upiła i nie wiadomo co zrobiła! Pamiętasz swój ostatnio wypad do klubu? - krzyknęła po czym zadała mi pytanie. Hmm... Kiedy ja ostatnio byłam w klubie i co się tam działo? Aaa... Już wiem, chyba chodzi jej o to co było dwa tygodnie temu jak poszłam sama na imprezę. Pamiętam, że weszłam i było strasznie dużo ludzi i dużo wypiłam. Wracając do domu szłam środkiem ulicy i śpiewałam, a na koniec położyłam się na chodniku i każdemu mówiłam, że jestem mostem. Moje zdjęcie z tego widziało pół szkoły. Potem przyszła po mnie Madi i zabrała mnie do domu. Nie wiem jak się dowiedziała gdzie jestem i co robię, ale mi pomogła. Moje samotne wypady do klubu nigdy nie kończą się fajnie. Ale wracając, skrzywiłam się na wspomnienia o imprezie.
- Pamiętam, nie musisz mi przypominać...Ale to nie zmienia faktu, że mogło być gorzej - powiedziałam.
- Ale nie jest! Nie możemy pozwolić, żeby ci się coś stało! Nie widziałaś co oni robią? Ty nie masz szans! - powiedziała do mnie Madi. Nadal miałam spuszczoną głowę w dół. Czułam jak moje poliki robią się mokre. Ja płaczę... - Spójrz na nas w końcu! - krzyknęła zirytowana.
Podniosłam swoją głowę i spojrzałam przed siebie. Moja przyjaciółka stała nade mną z założonymi na piersi rękoma, a Louis i Harry siedzieli na sofie. Gdy zauważyli moje łzy, mieli bardzo zmieszane miny. No tak nigdy nie widzieli mnie płaczącej... Nawet Madi. Do tej pory zdarzyło mi się płakać tylko parę razy i to wtedy gdy byłam sama. Ostatnio raz płakałam gdy miałam 15 lat. Nawet nie pamiętam czemu.
Nie dziwne, że się zmieszali, bo przecież zawsze jestem twarda i w ogóle, ale no halo... Przecież każdy ma uczucia i we mnie właśnie coś pękło...
- Przepraszam was - wyszeptałam te słowa po czym wstałam i szybko weszłam do mojej łazienki. Zamknęłam drzwi na kluczyk i zjechałam po nich zanosząc się szlochem.
łazienka Stelli
Co się ze mną dzieje? Jeszcze rano kłóciłam się z Niallem, później odbyłam rozmowę z Loganem.
To chyba przez to, że pierwszy raz zostałam uderzona w twarz i to przez matkę. I coś we mnie pękło, przecież nie mogę całe życie dusić uczuć.
Nie wiem ile tak siedziałam, ale około 10 minut. Cały czas słyszałam głosy z drugiej strony drzwi. Wiem, że oni tam są, ale ja nie chcę się im pokazywać. Nie mogę...
Nienawidzę swojej rodziny. Straciłam do nich cały szacunek i wszystko. Mogą się już do mnie nie odzywać.
Nagle głosy ucichły, ale wiem, że oni tam nadal są. Moje łzy nie przestawały płynąć, ale muszę się ogarnąć. Podniosłam się z ziemi i podeszłam do lusterka. Kurwa...ale ja wyglądam. Tusz rozmazany po całych policzkach czerwonych od płaczu. Odkręciłam wodę i zamoczyłam w niej dłonie. Następnie zmyłam cały makijaż z twarzy, którą później wytarłam ręcznikiem.
Odwróciłam się w stronę drzwi i stałam tak tępo się w nie wpatrując. Po jakiś 5 minutach ktoś szarpnął za klamkę. Nie chcę im otwierać, nie chcę żeby mnie oglądali. Do tego doszło pukanie w drzwi.
- Stella!! Otwórz te drzwi teraz! - krzyknął Louis i chyba w nie kopnął. Nie odzywałam się, ani nic nie zrobiłam. Usłyszałam jakieś szepty, ale nie za bardzo wiem co mówili.
- Stella! Otwieraj te cholerne drzwi albo je wyważę! - tym razem krzyknął Harry. No ok niech im będzie.
       Podeszłam do drewnianej powłoki, a następnie przekręciłam kluczyk. Odsunęłam się od nich i patrzyłam na to co się dzieje. Lou pierwszy wparował do łazienki i szybko do mnie podszedł. Złapał mnie za ręce i obejrzał je dookoła. Chyba szukał oznak pocięcia się. No fakt! Ale ja nie chcę się ciąć. Kiedyś to robiłam i obiecałam sobie i Deli, że więcej tego nie zrobię. Gdy nie znalazł nic takiego mocno mnie przytulił. Do łazienki weszła również brunetka i loczek. Oboje ustali za szatynem, który mnie obejmował. Wtuliłam się w niego i cicho załkałam.
- Cii... Nie płacz... Nie masz za co przepraszać... No już spokojnie - uspokajał mnie Louis. Zauważyłam, że moja przyjaciółka i Harry się uśmiechają. Ciekawe czemu? Przecież tylko się przytulamy. A po za tym przecież Hazzie się podobam więc o co im chodzi? Dobra nie wnikam...
Louis podniósł mnie lekko jakbym nic nie ważyła. Ja oplotłam go nogami w pasie, a twarz schowałam w zagłębieniu jego szyi. Wyszedł ze mną z łazienki i posadził mnie na łóżku. Sam zajął miejsce obok mnie.
- Ej Stella może my pójdziemy już a Louis z tobą zostanie? - spytała Madi i kucnęła przede mną patrząc w moje oczy. Czy oni coś kombinują?
- Jak chcecie - odpowiedziałam cicho.
- No to my spadamy, a ty już się nie rozklejaj więcej, jesteś twarda, pamiętaj. Louis się tobą zajmie. Jutro się widzimy w szkole, a jeśli nie będziesz w stanie to zostań w domu - powiedziała z uśmiechem Delii mocno mnie przytuliła.
- Dobrze, chodźcie odprowadzę was - powiedziałam i wstałam - Louis zostań tu, zaraz wracam.
Wyszłam z Harrym i Madi z pokoju, a następnie zeszliśmy na dół. Podeszłam z nimi do drzwi i poczekałam aż założą buty. Gdy już to uczynili najpierw podszedł do mnie Harry, który mnie przytulił i wyszeptał do ucha abym się trzymała i nie szalała za bardzo z Louisem. Okej. Nie będę wnikać. Lekko się uśmiechnęłam i przytuliłam do mojej przyjaciółki. Na pożegnanie dała mi buziaka w policzek i wyszli razem z mojego domu.
Odwróciłam się i w progu wejścia do salonu stała moja matka. Czego ona jeszcze chce?
- Gdzie jest jeszcze ten jeden? - spytała.
- Ten jeszcze jeden ma imię i niech cię to nie obchodzi. - powiedziałam głosem pełnym jadu. Mimo, że jest moją matka po tym co się dziś stało mam jej dość.
- Dlaczego taka jesteś?
- Jaka? Oschła? niemiła? Będę taka już zawsze, bo sobie na to zasłużyliście - powiedziałam i poszłam na górę do swojego pokoju gdzie czekał na mnie Louis. Weszłam i zastałam tam Louisa przy mojej szafce trzymającego moją....





Przepraszam, że taki beznadziejny... Mam nadzieję, że może w jakimś najmniejszym stopni wam się spodoba. Proszę komentujcie bo to dodaje chęci do pisania i wtedy rozdział może pojawić się o wiele szybciej. Piszcie co wam się podoba, a co powinnam poprawić.
Byłby wcześniej, ale w szkole miałam trochę jazdy i teraz wczoraj i dzisiaj drobne sprzeczki, ale mam nadzieję, że nie gniewacie się... Pozdrawiam <3